Pohoda Festival 2019, czyli jedyne takie miejsce na ziemi

Policzyłem. Tegoroczna Pohoda była moją jedenastą. To niemal 30% moich wakacji spędzanych na w tym niezwykłym miejscu. Mimo, że plecy bolą i chyba jestem fizycznie zmęczony to tradycyjnie chcę Wam opowiedzieć, dlaczego to miejsce jest takie wyjątkowe.

Do Trencina, na najlepszy festiwal jaki znam udaliśmy się we czwartek wcześnie rano samochodem z Krakowa. Na miejscu zameldowaliśmy się około 12. W porównaniu, do roku ubiegłego zastaliśmy minimalne kolejki do wjazdu na parking, co nas zaskoczyło na plus. Lekka dezorganizacja przy wejściu sprawiła, że się pogubiliśmy, ale tylko na chwilę i około godziny 15 mogliśmy już podziwiać rosnące pole namiotowe w eskorcie cydru, wina, piwa i innych substancji, które relaksują. Około godziny 17 byliśmy już w komplecie, gdyż w tym roku nasza ekipa docierała nie tylko z Krakowa ale i Pragi oraz Monachium.

Tak nam się dobrze biesiadowało, że olaliśmy koncert Loli Marsh, która po sukcesie na Orange Stage dwa lata temu, doznała zaszczytu otwierania festiwalu na głównej scenie Pohody. Biesiadowało nam się tak dobrze, że olaliśmy również The 1975, którzy nigdy mi specjalnie nie siedzieli, a ich muzyka kojarzy mi się z napisami końcowymi do niepowstałej na szczęście ósmej części Amercian Pie.

Tego dnia czekaliśmy tylko na jednego człowieka. Skepta, bo o nim mowa, zrył mi banie kompletnie. Nie spodziewałem się, że to będzie tak dobry koncert. Wizualizacje, zajebiste flow i permanentne pogo sprawiło, że to (moje) otwarcie festiwalu zapamiętam na długo. Ciekawa rzecz, bo ktoś w tłumie postawił ławkę, na której ludzie po prostu stawali. Obstawialiśmy, że „max 5 minut” i ci ludzie będą leżeć na betonie. Ławka legła dopiero przy ostatnim numerze, kiedy to Skepta zarządził „wall of death”. Niby taka pożoga a jednak ludzie o siebie dbają – to miłe. 😛

Następnym naszym przystankiem na piątkowej mapie festiwalowej był występ Vitalica. Poszliśmy z ciekawości i zostaliśmy niemal do końca. Niebieski namiot, który w tym roku nosił nazwę Sporka Stage ma w sobie tę niezwykłą moc megawatów, która sprawia, że mało który dj brzmi tam źle. Vitalic? Cóż można powiedzieć – techniawa ale z klasą.

Sobotę rozpocząłem od koncertu niespełna 80-cio letniej Calypso Rose. Wokalistka z Trynidadu i Tobago, której z racji wieku na scenę pomagała wejść obsługa sceniczna, zrobiła niesamowite show. Urok, taniec – tak taniec, uśmiech i niezwykła serdeczność sprawiła, że był to bardzo udany koncert. Calypso rewelacyjnie wspierali jej sceniczni muzycy a także dwie Panie z chórków. Nie zostałem jednak do końca, gdyż chciałem w miarę wcześnie przenieść się na koncert największego muzycznego niechluja jakiego znam.

Mac DeMarco, bo o nim mowa rozpoczynał koncert po 18 na głównej scenie. Jego delikatne melodie, szlugi, stanie na rękach i pozbawieni jakichkolwiek emocji muzycy to coś… co nie może się kleić w spójną całość – a jednak – to było świetne. Jakieś małe marzenie o zobaczeniu Maca DeMarco na żywo zostało spełnione. Warto było czekać.

Po 19:00 przyszła pora na największe rozczarowanie tegorocznej Pohody – koncert Amadou & Miriam and Blind Boys of Alabama. Jakby to powiedzieć, żeby nikogo nie urazić? Słabe to było, że dwa różne zespoły, które na festiwalu mogłyby zagrać oddzielne koncerty, spotkały się na jedne scenie w ramach godzinnego koncertu. Ni jak się to nie kleiło kupy – gdy już wkręciłem się z malijską muzykę w wykonaniu Amadou & Miriam, to na scenie pojawili się Blind boys, by po chwili znowu zejść. Trochę to dziwne było.

Dziwne natomiast nie było legendarne show The Roots. Co można o nich napisać? Wyuczona muzyczna perfekcja, klasyczna przekrojówka przez dorobek ale… jako, że widziałem ich już trzeci raz – dla mnie był to najgorszy z tych trzech koncertów. Brakło mi trochę kawałków z How I Get Over . Może się czepiam, ale mało było spontaniczności. Nie mogę pozbyć się myśli, że oni są ze sobą już tak ograni, że festiwalom sprzedają pakiety – klasyczny, spontaniczny, oraz szalony. Pohoda miała ten klasyczny, skupiający się wokół legendarności Rootsów. Trochę mam niedosyt. Może to też kwestia, że dawno nie nagrali nowego materiału? Ciężko powiedzieć.

Trzy minuty po Rootsach byłem już w namiocie Sporka, w którym zniszczenia dokonywali Death Grips. Koleżanki, które również były na tym koncercie mówią, że było za spokojnie, że wokalista przyjął pewnie jakieś leki uspokajające. Ciężko mi się odnieść bo widziałem ich po raz pierwszy i dla mnie był to szok. Szok industrialpunku rapowego – bo nie wiem jak nazwać krzyczenie do bitu, który powstał z najdziwniejszych i najgłośniejszych dźwięków jakie można wyprodukować. Dla mnie ten koncert to rewelacja – zupełnie inny muzyczny biegun niż wszystko co widziałem tego dnia. Dnia, który już o 23 był dla mnie za długi a jeszcze to nie był koniec.

O północy czekała nas zupełnie inna estetyka muzyczna z drugiego końca muzycznej wrażliwości – melodie, delikatność i spokój – Michael Kiwanuka. Piękny koncert świetnego artysty, rewelacyjnie zgranego ze swoimi muzykami, którzy nie kradną show, nie odciągają uwagi od scenicznego misterium (tak jak to nieświadomie robią muzycy Maca DeMarco), no wow. Po koncercie wracaliśmy z melodią Love & Hate na ustach. Niestety wracaliśmy do namiotu bo na Jeff’a Millsa brakło nam już siły.

W niedzielę cierpiałem klasyczne przeciążenie festiwalowe, nie mniej udało mi się jakoś zlec na niezwykłe spotkanie ambasadorów Pohody, którym również jestem. Miałem tą niezwykłą okazję zobaczyć, jak wygląda festiwal od kulis. Zostaliśmy oprowadzeni po backstage’u oraz poznaliśmy ojca dyrektora i pomysłodawcę festiwalu – Michala Kaščáka.

Potem, zahaczyłem jeszcze o Taneczny Dom, gdzie w tym roku, podobnie jak w latach ubiegłych uczono układu do jednego z utworów. Tym razem, z racji obecności z lineupie Little Big padło na… wiadomo – Skibidibi. Jak zwykle pomysł w punkt świetna zabawa i fajna atrakcja.

Koncertowo, jakimś cudem wyciągnąłem trzech chłopców na 16:00 by zobaczyć chociaż fragment Bazzokas, gości którzy kolejny rok z rzędu przyjechali na festiwal swoim autobusem i łącznie zagrali w te trzy dni aż siedem koncertów. Wcześniej ogłosiłem konkurs na bicie rekordu Guinessa w liczbie zobaczonych ich występów na Pohodzie, ale niestety nikt nie podołał i skończyliśmy na jednym, o ile przyjście na dosłownie ostatni numer można nazwać zobaczeniem koncertu. Chyba nie bardzo.

Potem w planie miałem czterogodzinną przerwę, ale wspomniani koledzy wyciągnęli mnie na Akua Naru. Mam problem z tymi cierpiącymi kobietami w rapie, które urok i artyzm muzyki zakrzykują ze sceny ideologią – nie istotne jaką. Uważam, że co za dużo to nie zdrowo, bo odciąga to od tego, co na festiwalu najważniejsze – od muzyki – a ta za sprawą muzyków towarzyszących wokalistce stanowi lwią część show Akua Naru. Rewelacyjnie się tego słuchało. Sama Akua na myśl mi momentami przywoływała Lauren Hill, czyli bardzo dobre skojarzenia muzyczne. Niestety za dużo polityki. Sorry.

Cierpiąc katusze fizyczne, udałem się na Liama Gallaghera. Dla mnie, sympatyka Oasis, Myslovitz i początków obrzydliwego indie rocka, koncert tego chama i prostaka był pozycją obowiązkową. Champain Supernova, Wonderwall, Morning glory – wreszcie na żywo. Po tylu latach udało się to usłyszeć. Sam Liam zdawał sobie sprawę z tego, że mało kogo obchodzą jego solowe płyty i zaznaczał w czasie koncertu, że „teraz będą dwa solowe utwory. Może jakoś przeżyjecie”. Chłop się w ogóle nie uśmiecha i ubrany jest w stare łachy. Wiecie czemu? Bo może! Zajebisty koncert! Nie wiem czy nie był to najlepszy jaki zobaczyłem w tym roku na Pohodzie. Serio! Rewelacyjnie to wszystko siedzi, słychać brud, są melodie. Liam w formie – nie ma bata – czekam na powrót Oasis w oryginalnym składzie. Może kiedyś bracia Gallagher przestaną do siebie rzucać gnojem w internecie i zrobią to co im wychodzi najlepiej – wystąpią razem.

Po koncercie Liam’a znowu udałem się chillować ze znajomymi, łapiąc ostatnie łyki pysznego słowackiego piwa. Ostatnie, bo następnego dnia miałem być kierowcą. Potem, o północy czekałem już pod sceną na Mura Masę oczekując wiele. I słusznie – wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione z nawiązką. Świetnie brzmiał ten koncert, rewelacyjnie dobrane światła no i wokal. Ach!

Wracając już do namiotu, około 1:30 zajrzałem jeszcze sprawdzić formę TOKiMONSTA i zaprawdę powiadam Wam, został bym tam długo, bo było grubo.. ale jestem stary. Siadłem więc jeszcze na chwilę przed namiotem wymieniając ostatnie słowa tego wieczoru i poszedłem spać.

Następnego dnia wstaliśmy rano, spakowaliśmy się i pożegnaliśmy z każdym kto zmierzał w swoim kierunku. Powrót autem w deszczu był zwieńczeniem – mimo zapowiedzi silnych burz, pogoda na Pohodzie wytrwała. Teraz moje krótkie wakacje się skończyłī. Fizycznie wyczerpany, psychicznie naładowany, wróciłem do Krakowa i czekam już na kolejny rok, kiedy będzie mi dane być w tym niezwykłym, wyjątkowym miejscu na ziemi. Jeżeli jeszcze tam nie byliście – zmieńcie to! Koniecznie!

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s