Pohoda 2018, czyli o tym jak Polacy wygrali w festiwal

Jeżeli miałbym określić miejsce, do którego co roku wracam z nieskrywaną satysfakcją i radością, miejsce, gdzie pomimo tego, że jestem już stary jak węgiel, niewiele rzeczy mi przeszkadza i czuję się młodo, to takim miejscem na pewno byłoby Trencinskie lotnisko. Zaznaczyć jednak muszę, że ważne jest również okienko czasowe – tylko pierwszy weekend lipca. To właśnie wtedy organizowana jest tam Pohoda. Festiwal inny niż wszystkie, gdzie ludzie żyją w zgodzie, bez przesadnego lansu i… Polaków, którzy w tym roku tłumnie pojechali na Openera.

Oczywiście to nie do końca prawda z tymi Polakami, bo na tegoroczną, dwudziestą pierwszą już edycję Pohody, paru nas tam dotarło, nie mniej zdecydowanie rzadziej niż w latach ubiegłych słyszałem nasz język.

Tegoroczna Pohoda była dziewiątą na jakiej byłem. Wyjechaliśmy na nią, podobnie zresztą, jak miało to miejsce w latach ubiegłych, bardzo wcześnie rano. Chciałem być w południe na parkingu, by w spokoju otworzyć piwo i poczekać na otwarcie bram festiwalu. Niestety, po drodze straciliśmy gdzieś ponad godzinę i na parking przyjechaliśmy po 13. Co gorsza, 5 lipca okazał się być jakimś świętem narodowym Słowacji (o mój Boże – LIDL zamknięty), co sprawiło, że wszyscy mobilni uczestnicy Pohody zjawili się na parkingu odpowiednio wcześnie, przez co swoje musieliśmy odstać w korku na parking. Byłem kierowcą, ale inni mogli już celebrować kolejną edycję najlepszego na świecie festiwalu.

Nie to żebym narzekał, bo w przypadku Pohody naprawdę trzeba się postarać, żeby znaleźć powód do narzekania, ale potem staliśmy jeszcze: w kolejce do bram i jeszcze jednej kolejce, która pozwoliła nam przejść na drugie pole namiotowe – to na którym rok w rok się rozbijamy. Było to dla mnie nowe doświadczenie, bo prawdę mówiąc rzadko na Pohodzie stoi się czekając na coś. No ale po pewnym czasie wreszcie dotarliśmy na pole namiotowe. Podobnie jak w latach ubiegłych w średnio skoszonej trawie roiło się od koników polnych. Po szybkim rozstawieniu namiotów udaliśmy się na nasze coroczne rytuały – piwo i pizza.

Niestety, tej drugiej w tym roku nie znaleźliśmy, co po wejściowych kolejkach, było kolejnym minusem tegorocznej edycji. Uprzedzając fakty, potem jeszcze okazało się, że jedyny smaczny na świecie cydr również w tym roku nie dojechał, a na środku placu Pohodowego nie ma posadzonych słoneczników. No, ale to są bzdety, które z łatwością można zastąpić innymi atrakcjami.

Te czwartki na Pohodzie są wyjątkowe – bardzo krótki lineup, ograniczający się do czterech-pięciu koncertów na dwóch czynnych scenach. Ludzie mogą się wyczilować, pogadać, zintegrować a wieczorem iść na ważne koncerty. No i takim ważnym koncertem był na pewno koncert Chemical Brothers, których to widziałem jakiś czas temu najpierw na Openerze, a potem na Live Festivalu w Krakowie. Jakoś jednak, przez upływ czasu, stwierdziłem, że idę tam z czysto statystycznego obowiązku. Tymczasem ten koncert mógłby zamykać festiwal. Co za ogień, co za synchro z animacjami, jaka przekrojówka dyskografii duetu! Mega, mega dobre show!

Fragmenty tego koncertu możecie zobaczyć również tutajtutaj i tutaj.

Aha, wcześniej grał Ziggy Marley, ale poza Love Is My Religion i coverami jego ojca nie ma o czym mówić. Bardzo przeciętny koncert kolesia, który odcina kupony od nazwiska.

Odnotować należy, że w tym roku swoim “coolbusem” na Pohodę, podobnie jak dwa lata temu, przyjechał zespół Bazzookas. Tak się jakoś złożyło, że po koncercie chemicznych braci, busik stał nieopodal sceny i załapaliśmy się na ich koncert. W czasie tego koncertu okazało się, że na melodię ska można zaśpiewać każdą istniejącą piosenkę. Jak będziecie mieli okazję to sprawdźcie – prawda. Nie zmyślam.

PIĄTEK

Piątkowy poranek nie należał do najłatwiejszych – raz, że krótki sen spowodowany z jednej strony wydłużającymi się dyskusjami przy alkoholu, a z drugiej upałem, dwa że poranne rytuały rujnują życie. Festiwal żyje pewną kolejnością kolejki – kolejka do prysznica, potem do kawy, potem do szamy. Grunt to nie wpaść w ten rytm i gdzieś go złamać. My zaczęliśmy od piwa. Potem jakoś poszło i zarówno kawkę jak i prysznic załatwiliśmy bez kolejek. Tak samo kebab, który zjedliśmy jako lunch. Polecam.

Ten dzień koncertowo zaczął się bardzo wcześnie bo już o 13, kiedy na głównej scenie pojawił się L.U.C. z projektem REBEL BABEL. Przychodząc pod scenę zobaczyłem stosunkowo mało ludzi siedzących w pełnym słońcu na betonie. Żal mi się zrobiło pana L.U.C.a, bo bardzo go lubię. Jednak gdy tylko pojawił się na scenie wraz z orkiestrą Textylanką, ludzie wstali, a w tym ja. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się tłumy, które zaczęły naprawdę dobrze się bawić. Reasumując – ZAJEBISTY koncert!

Rebel Babel wygrał tę Pohodę tak bardzo, że po koncercie na scenie pojawił się dyrektor festiwalu Michal Kaščák i poprosił zespół o to, by zagrali drugi koncert na następny dzień, zapychając wyrwę po jednym z zespołów, który z powodów wizowych nie mógł na Pohodę dojechać. Jak się okazało – do drugiego koncertu Rebel Babel finalnie doszło. Przeczytacie o tym w dalszej części tej relacji.

O 16 na Orange Stage zameldowali się kolejni Polacy, tym razem Mitch & Mitch. Uprzedzając fakty, grali jedynie swój materiał, jak zwykle udawali gości ze Stanów i robili charakterystyczny dla siebie klimat. Upatrzyli sobie w tłumie trójkę Niemców, do których wciąż kierowali swój przekaz. Bardzo to było fajnie, niemniej z Mitchami jest tak, że albo się ich kocha, albo Cię irytują. W naszym polsko-cygańsko-odmiennym składzie zdania były podzielone.

Po Mitchach udaliśmy się na chwilę pod główną scenę, gdzie grali chłopcy z Blossoms. No i może znowu warto napisać, że jestem stary, bo ten koncert mnie w ogóle nie porwał. Nie było tutaj niczego co sprawiłoby, że chciałbym zostać na koncercie a nie udać się w kierunku namiotu z nalewakami do piwa. Życie to sztuka wyboru. Zresztą nie pierwszy i ostatni raz na tym festiwalu.

Pod scenę wróciliśmy o 20, kiedy swój koncert rozpoczynała właśnie Jassie Were. Pierwsza obserwacja – cholernie mało ludzi. Czy ona jest tylko u nas tak bardzo popularna? A może na innej scenie gra ktoś bardziej znany? No, w sumie mogłoby tak być, skoro równolegle odbywa się koncert Aurory oraz swój pierwszy w życiu koncert gra Donny Benet. Niemniej, w rytm zaczynającego padać deszczu, świetnie się Jessie słuchało i oglądało. Mimo że nie pałam miłością do jej piosenek z przyjemnością obejrzałem ten koncert w całości.

Następnym punktem z lineupie był konflikt pomiędzy Jamie Cullum a Ride. Artyści chcieli się bić. Bardzo chciałem posłuchać tych drugich, natomiast zobaczyć tego pierwszego. No i poszliśmy go zobaczyć. Spodziewałem się show pokroju kolaboracji Możdżer-Blechacz, tymczasem zobaczyłem taki ogień jak w przypadku zeszłorocznego koncertu Benjamina Clementine. Totalne zaskoczenie! Jamie skakał z fortepanu, moczył ręce w kałużach, by chlapać po instrumentach – no szaleństwo, amok, emocje!

Mimo padającego coraz mocniej deszczu, ludzie to kupili. Aura nikomu nie przeszkadzała i tłum po jego koncercie jeszcze długo podśpiewywał ostatnie dźwięki występu Jamiego. A Ride? Olałem. Jak już wspominałem, festiwal to sztuka wyboru.

Przed ponownym wyborem stanąłem po koncercie Culluma – albo Fink, którego już widziałem dwa razy, albo Danny Brown. Wspólnie z A. wybraliśmy Finka. Niestety, jego koncert nie porwał, jedyne wrażenie jakie we mnie zostawił to niepokój dotyczący tego, jak szybko się ten artysta starzeje. Serio. W rok czy dwa zestarzał się o 15 lat. Muzycznie – bardzo spoko, ale to Fink, więc nie może być inaczej.

Chciałbym wiedzieć jak wypadł koncert Danny’ego Browna, bo musicie wiedzieć, że Finka wybraliśmy również z powodu kryzysu fizycznego. Jeszcze nigdy tak na festiwalu nie miałem, żeby mieć ochotę się położyć w miarę bezpiecznym miejscu i sobie po prostu zasnąć. Tak byłem zmęczony, że gdyby nie deszcz to pewnie bym gdzieś tam do teraz leżał i odpoczywał. Co ma do tego Danny Brown? Na jego koncercie pewnie by mnie zdeptali, sponiewierali i wynieśli na widłach. Tak, z taką energią mi się jego muzyka kojarzy.

Po koncercie Finka, poszliśmy na chwilę zobaczyć jak wygląda na żywo St. Vincent. Nie lubię jej muzyki więc z nieukrywaną satysfakcją usłyszałem od A. zdanie-miód na moje uszy: chodźmy do namiotu. Tam umarłem.

No i tak, czuję żal, że przegapiłem koncert SOJA oraz Pussy Riot, ale z opinii niezależnych świadków wiem, że ten pierwszy koncert wyglądał jak zagrany z obowiązku a ten drugi bazował na polityce i licytacji, kto dłużej był w pierdlu. W sumie można się było tego spodziewać.

SOBOTA

Sobota obudziła nas – jak to zwykle na Pohodzie – pełnym słońcem o 8 rano. Tym razem bez kawy nie dało się żyć, więc załapaliśmy się na, nie mniej krótką, kolejkę do niej. W innych momentach życia festiwalowego już z tymi kolejkami się ponownie rozmijaliśmy. Całe wczesne przedpołudnie i popołudnie spędziliśmy z namiocie Sportowej Sporitlnej, by z pozycji karimaty obserwować – jak co roku zresztą – breakdance battle. Niestety, z breakdance ma to coraz mniej wspólnego. Tak czy siak, emocje były, gdyż każdy miał tam jakiś swoich faworytów. Pod namiotem posiedzieliśmy sobie do godziny 14, bo wtedy swój koncert grały typiary z Islandzkiej formacji Reykjavikurdaetur. Czym jest ten projekt? To czternaście dziewczyn, które wykonują hip hop. Może ktoś to odebrać seksistowsko, ale niestety, dla mnie kobiety w hip hopie brzmią trochę jak Krystyna Pawłowicz w Sejmie – dość niepoważnie. Serio, ostatnią hiphopową wokalistką, którą się jarałem była Lauryn Hill. Kiedy to było? Oczywiście, to tylko subiektywna opinia, ale nawet te czternaście dziewczyn na scenie nie podniosło tego koncertu, by można było z ziemi wstać na dłużej i jarać się koncertem.

 

O 17 na Urpiner Stage zameldowaliśmy się na koncercie “Wszystko Wszystko”, czyli Everything Everything. Nie było to głupie show, a moi sceptycznie nastawieni współtowarzysze w pewnym momencie stwierdzili “o znam to!” No bo jak nie znać, skoro puszczałem im piosenki tegoż zespołu w czasie podróży na festiwal 😉 Niemniej, koncert jakich wiele – póki co jest to młody indie-rockowy zespół, który wyróżnia się wysoką barwą wokalisty i lekką dozą syntezatorowych brzmień.

Kolejnym koncertem który chciałem zobaczyć był koncert Charliego Winstona (wszak wymyślił papierosy firmowane swoim nazwiskiem). Oczywiście nie mogło być inaczej – koncert nakładał się na polecany przez ukraińskich współpracowników występ Onuki. Jako że bardzo cenię sobie rekomendacje… wybrałem koncert Winstona. Nie żałuję. Bardzo dobry występ okraszony upadkiem artysty na scenie w czasie tańca. “No, co? Każdy zaliczy czasem fuck up”. Był to najlepszy wyluzowany komentarz do tego zdarzenia jaki słyszałem. Muzycznie? Ten gość umie wszystko – śpiewał, grał na basie, na gitarze, a i czasem bębnił. Oczywiście, niekoniecznie wszystko naraz, niemniej coraz rzadziej spotyka się artystów, którzy są prawdziwymi artystami: mogącymi wziąć dowolny instrument do rąk i po chwili na nim zagrać. Duży lajeczek.

Po Wintstonie poszliśmy ponownie na główną scenę, zobaczyć jak na żywo prezentuje się Little Dragon. Nigdy nie zaliczałem się do fanów… I po tym koncercie raczej się to nie zmieni. Taki ot, szoł bez historii. Pod sceną natomiast spotkaliśmy resztę ekipy, więc było zabawnie.

O 20 w namiocie nieopodal nieszczęsnego koncertu Little Dragon, miał wystąpić ponownie Rebel Babel. Zatem zaszliśmy zobaczyć, czy mimo festiwalowego prime time’u ktokolwiek na ten koncert przyjdzie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po paru minutach namiot był pełny… I roztańczony. Duma, panie L.U.C.u, żeś pan z Polski. Wygrałeś pan tę Pohodę!

Niemniej życie i festiwal musiało toczyć się dalej. Ja również, no i tak zatoczyłem się ponownie pod główną scenę, gdzie o 21 czekałem na objawienie się Rodrigueza. Sugar Man pojawił się na scenie parę minut po godzinie “0” i zaczęło się blisko godzinne obcowanie z piosenkami, których teoretycznie usłyszeć nikt nie powinien.

Pozdrawiam tutaj wszystkich, którzy znają film opowiadający o Rodriguezie. Koncert – cudowne przeżycie z zaskoczeniem, bo nie miałem świadomości, że Sixto jest już w tak kiepskiej formie fizycznej oraz że ma problemy ze wzrokiem. Mam dziwne wrażenie, że ta trasa koncertowa jest dla niego mordercza. Obym się mylił.

Po koncercie Rodrigueza spotkaliśmy się blisko Orange stage w strefie gastro. Ci, co nie prowadzili samochodów na dzień następny, pili piwo. Reszta musiała zadowolić się kebabem. W tym czasie na małym telefonie jednego z kucharzy oglądaliśmy serię rzutów karnych w meczu Chorwacja – Rosja. Ciekawe i osobliwe przeżycie przywołujące na myśl wspomnienia ze szkoły, gdy wszyscy w czasie jakiejś lekcji tłoczyli się w kantorku woźnego by obejrzeć ważny fragment wydarzenia sportowego. Pomijam nieco fakt, że na Pohodzie wszystko działo się w akompaniamencie Calexico, które, sądząc po dochodzących dźwiękach, mocno nawiązywało do rytmów Buena Vista Social Club. Głupio tak jednak wbijać pod koniec koncertu, więc postanowiliśmy zbliżyć się pod scenę, gdzie swój koncert rozpoczynał Kronos Quartet. Chwilę tam byliśmy, jednak uważam, że pomimo pełnej sympatii do kwartetu, festiwale, gdzie z głównej sceny dochodzi piskliwy wokal LP, a z drugiej strony słychać dudniący bas z namiotu, to nie do końca fajne miejsce na taki koncert. No dobra, może warto pokazywać taką muzykę, również w nieco piknikowej scenerii, nie mniej mnie osobiście ta forma nie porwała.

Porwał mnie natomiast ostatni koncert jaki widziałem na tegorocznej Pohodzie – GusGus. No i jak to zwykle – zdania są podzielone. Część uważa, że to projekt, który sprawdza się tylko w klubie, inni – w tym ja, że im więcej mocy i świateł tym lepiej. Takie warunki może zapewnić jedynie festiwal.

Set GusGus mega mi się podobał i myślę, że śmiało mógłbym go zaliczyć do top 3 koncertów festiwalu. Nadmienić również należy, że jako kierowca, praktycznie cały ten dzień spędziłem na trzeźwo, gdyż kolejnego dnia rano ruszyliśmy w dość długą podróż do domu.

Podsumowując, Pohoda jak zwykle naładowała mi akumulatory. Znowu chce mi się tam jechać i ciężko mi póki co z myślą, że ta podróż dopiero za 360 dni. Mimo kryzysu drugiego dnia, wiem, że to nie wina festiwalu, tylko tego, że młodszy nie będę, więc trzeba się oszczędzać. Za rok na pewno będę bardziej ostrożny i nie będę tak odważnie mieszał – ani alkoholu, ani gatunków muzycznych. Tak na pewno będzie!

Do zobaczenia za rok w najlepszym miejscu na świecie!

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pohoda 2018, czyli o tym jak Polacy wygrali w festiwal

  1. An pisze:

    Hej,mam dwa bilety na cały festiwal.. Niestety nie możemy jechać 🙄Masz może pomysł jak mogę sprzedać te bilety? Dziękuję,p.s. fajna poglądowa relacja dla tych,którzy jeszcze mnie byli…A Jassie Ware …🖤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s