Not tolerate, let’s celebrate, czyli Kamasi Washington w Krakowie!

Czy macie tak, że kiedy idziecie na jakiś koncert, to widzicie, że przesadnie wysoki lub niezwykle euforyczny człowiek stanie przed Wami? Jak tak mam. Czemu takie narzekanie na początku? Bo do czegoś trzeba się przyczepić, a jeżeli chodzi o to co na koncercie Kamasi Washingtona poszło nie tak.. to w sumie tyle.

Kiedy po raz pierwszy posłuchałem Harmony of Difference, wiedziałem, że to będzie jedno z najważniejszych wydawnictw 2017 roku. Zresztą pomimo, że jest to EPka umieściłem ją w czołówce zestawienia -> [link]. Obiecałem sobie również, że jeżeli będzie okazja zobaczyć Kamasiego na żywo, to sobie tego nie odpuszczę. No i masz – Kamasi ogłosił trasę, w ramach, której odwiedzi Kraków – nie zastanawiałem się i kupiłem bilet. Minęło parę miesięcy, euforia po Harmony of Difference również, a o samym zbliżającym się koncercie trochę zapomniałem.

Czemu o tym piszę? Dzięki temu zapomnieniu i wyparciu emocji, które towarzyszyły poznawaniu albumu, na wczorajszym koncercie miałem to cudowne uczucie poznawania czegoś na nowo. Owszem, przez pierwszych parę minut, to poznawanie dzieliłem z rozkojarzeniem spowodowanym przez dwóch wyjątkowo rozentuzjazmowanych młodzieńców, którzy wykazywali objawy nadużycia alkoholowego lub przyjęcia o blanta za dużo. Na szczęście Klub Studio po remoncie ma zdecydowanie lepszą akustykę i w porównaniu do stanu sprzed ponad roku, przesunięcie się o metr czy dwa, nie powoduje utraty widoczności ani zmian doznań słuchowych. A młodzieńcy? Niech się bawią tak jak lubią, skoro miejsca jest aż nad to.

Kamasi wraz ze swoim bandem na scenie pojawił się parę minut po 20 zaczynając od kompozycji The Magnificent 7. Było to piękne przedstawienie się z publicznością i uświadomienie zgromadzonym w jaką podróż ruszają. Podróż bez mapy, w której za kierownicą co chwila będzie zmieniał się kierowca, podróż z pięknymi pejzażami i przygodami tak rzadkimi, że nawet przy próbie ich opisania nie dane będzie oddać to w należyty sposób.

Kolejne etapy koncertu – bo tak należy nazywać rozbudowane wariacje na temat utworów – takich jak The Rhythm Changes, czy cover Giant Feelings napisany przez obecnego na scenie Brandona Colemana, dowiodły jedynie, że mamy do czynienia w czymś co nie zdarza się często, w czymś na co warto było czekać. Należy również wspomnieć, że w pewny momencie na scenie pojawił się Rickey Washington, ojciec Kamas’ego. Zawsze marzył o byciu muzykiem ale gdy urodził się Kamasi i jego rodzeństwo musiał zaniechać kariery. Teraz wspiera syna i realizuje swoje marzenie. Piękne? Owszem, tak samo jak chemia jaka jest między muzykami na scenie. Niekończące się partie solowe, zgranie i ta zwykła radość z tego co się robi, aż promieniowała ze sceny.

Brandon Coleman

Kulminacyjnym momentem koncertu okazała się wariacja na temat utworu Truth. Wariacja, ponieważ od pierwszych dźwięków utworu, do ostatnich upłynęło przynajmniej pół godziny. Nim jednak usłyszeliśmy owe dźwięki, Kamasi wspomniał, że dzięki muzyce jeździ po świecie, spotyka różnych ludzi, różne reakcje, różne kultury i ta różność jest piękna. Not tolerate, let’s celebrate. Jakże to proste, a jak zapomniane w czasach, w których przyszło nam żyć. Wracając jednak do tego co działo się wokół utworu Truth – niesamowita partia solowa jaką zaserwował Miles Mosley – świat! Ciary! Dawno ich na koncercie nie miałem! Owacje jakie zespół otrzymał, mogą jedynie dowodzić tego, że na pewno nie byłem jedynym, który stwierdził, że właśnie zadziało się coś niezwykłego.

Następnie na scenie zostali tylko perkusiści, którzy przez dobrych parę minut pokazywali jak bardzo potrafią być zgrani. Kamasi zapowiedział, że będzie to rozmowa obu perkusji, więc na scenie zostali tylko Ronald Bruner, Jr. Oraz Tony Austin. Wszystkiemu przyglądał się z boku sceny lider tego całego show. Wspomniana rozmowa, która początkowo była na dwa instrumenty, w pewnym momencie była już jedno-głosem i ciężko stwierdzić, które uderzenia należały do kogo. Magia!

Ostatnia część koncertu to dwa nowe utwory pochodzące z nadchodzącej płyty Heaven and Earth. Usłyszeliśmy The Space Travelers Lullaby oraz Fists of Fury. Ten drugi utwór to znowu popisy muzyczne poszczególnych członków bandu. Udało mi się zarejestrować solową partię Milesa. Cóż on tam wyprawia!

Jeżeli czytacie tego bloga w miarę regularnie, doskonale wiecie, że nie pojawiają się tutaj zbyt często nowe teksty, inne niż zapowiedzi płyt. Coraz ciężej znaleźć mi czas i chęci, napisać tekst o jakimś zwykłym koncercie, na którym byłem, zrecenzować (hahaha… zrecenzować. Jasne…) płytę, która nie stanie się klasykiem, czy wreszcie wylać żale na ten cały showbiznes. Z przyjemnością jednak pisze się takie teksty jak ten, starając się chociaż trochę oddać to, czego doświadczyło się dzień wcześniej. Przyjmijcie zatem te parę słów, parę średnich fot oraz to jedno wideo, które pokazuje jak wielkie wydarzenie miało miejsce wczoraj w Krakowie. Kamasi – dziękuję!

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s