Pohoda 2017, czyli historia o tym jak pięknie można żyć

Gdybym chciał opowiedzieć komuś, kto nigdy nie był na Pohodzie o jej niedogodnościach, musiałbym wspomnieć o tym, że na polu namiotowym jest masa koników polnych skaczących po namiotach. Przyznałbym, że z powodu wysokich temperatur ziemia zawsze jest tak sucha, że wbijając śledzie do namiotu muszą się one pokrzywić. Tak jest za każdym razem, kiedy na Pohodzie jestem, a byłem tam po raz ósmy.

To w sumie wszystko. Serio, ja nerwus, który często przesadnie frustruje się na detale, lekkie niedogodności bądź brak zorganizowania przez ludzi prozaicznych rzeczy, nie znajduję tam powodów, by się wkurzać. Ludzie na Pohodzie są mili, nie ma przesadnego swagu, publiczność nie jest uzależniona od mediów społecznościowych, przez co przed Twoją twarzą w tłumie nie wyrasta las telefonów komórkowych, publiczność to ludzie młodzi, starzy, rodziny z dziećmi, w prysznicach dostajesz własny szampon, przy kranach znajdujesz tubki z pastą do zębów, a woda pitna jest dostępna za darmo w wielu miejscach festiwalu. Wreszcie, na Pohodzie znajdziesz specjalne toalety, w których nie tylko zawsze będzie papier, ale i porządek pozwalający bez obaw przysiąść na dwie minutki 😉

Dodatkowo, mimo że Trencin leży w górach, jak cała Słowacja zresztą, to na ogół świeci tam palące słońce, które w ciągu dnia zmusza festiwalowiczów do szukania chociażby skrawka cienia. No ok, w tym roku dwa razy padało, z czego raz wystąpiła burza z piorunami, opóźniając jeden koncert, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Tegoroczny wyjazd na Pohodę stał pod wielkim znakiem zapytania. Przyzwyczajony do tego, że na Słowację jeździmy watahą, w tym roku wspólnie z A., stanęliśmy przed trudną decyzją: jechać sami we dwójkę, albo sprzedawać bilety. Próbowaliśmy tego drugiego, ale w końcu postanowiliśmy – chuj, jedziemy! Zatem tegoroczna Pohoda była pierwszą, w której pełniłem rolę kierowcy (przepraszam Cię, ukochane słowackie sobotnie piwo, którego nie wypiłem, ale wiesz jak jest…).

Po bezproblemowym zameldowaniu się na polu namiotowym i wykrzywieniu śledzi (patrz pierwszy akapit), mogliśmy eksplorować teren. Pohoda nic się nie zmieniła od ubiegłego roku i to w sumie jej największa zaleta. Rozkoszowaliśmy się zatem naszymi rytuałami – najpyszniejszym cydrem na lodzie, który wszedł jak złoto przy ponad 30 stopniach, najlepszą pizzą prosto z pieca podawaną na papierze, dwanast a dziesietka czyli piwami 12 i 10. Już wtedy wiedziałem, że byłbym kretynem, gdybym te bilety sprzedał i nie mógł tego wszystkiego mieć. A to dopiero początek, bo musicie wiedzieć, że pierwszy dzień Pohody zawsze pozwala na taki rozruch – pierwsze koncerty słowackich zespołów zaczynają się o 18, a te, na które my czekaliśmy jeszcze później.

Festiwal muzycznie rozpoczęliśmy zatem na Orange Stage koncertem Slowdive. Co by nie mówić, koncert pozytywnie zaskoczył, bowiem muzyka zespołu w smażącym jeszcze słońcu zapowiadała, że nie wytrzymamy dłużej niż 15 minut. Z rozkoszą słuchaliśmy delikatnych harmonicznych ścian dźwięków, które płynęły ze sceny. Bez komentarza nie mógł pozostać również wygląd pana Neila Halsteada. Tego dnia, w swojej czapce i z wąsem wyglądał jak tirowiec.

Po koncercie dość szybkim krokiem przeszliśmy na główną scenę festiwalu, gdzie swój koncert rozpoczynał Ylvis. Szczerze mówiąc, nie rozumiałem nigdy zapraszania gwiazd z Youtube’a na festiwale, a do tego dnia Ylvis za takich właśnie internetowych celebrytów uważałem. Niesłusznie. Show, które zrobili, sposób, w jaki sprzedali swoje umiejętności muzyczne są naprawdę rzadkie do zaobserowania a sympatycznym Norwegom należą się po prostu brawa za to, jak wszystko „żarło”. „Każdy znajdzie tu coś dla siebie”, nawet fani zespołu Kraftwerk.

Myślałem, że na krótki czwartkowy dzień już nic nie może okazać się dobre. Tymczasem lekko spóźnieni trafiliśmy ponownie naOrange Stage, gdzie nawalali panowie ze Slaves. Co za moc i energia! Dawno nie widziałem tyle wściekłości wyładowywanej na scenie. Wspomnieć należy, że panów w zespole jest dwóch – jeden gra na stojąco na perkusji bez stopy i krzesełka. Drugi gra albo na gitarze albo na basie. To wszystko wystarcza na tyle, by koncert obu panów zaliczyć do jednego z najlepszych nie tylko na Pohodzie, ale i tego roku.

Na zakończenie dnia poszliśmy jeszcze zobaczyć fragment koncertu Movits!, ale po tym, czego byliśmy świadkami chwilę wcześniej już nic nie mogło być lepsze. Przynajmniej tego dnia.

Piątek (na szczęście!) obudził mnie deszczem, przez co mogłem pospać nieco dłużej niż do ósmej i nie obawiać się, że coś przegapię. Deszcz jednak tak szybko jak zaczął padać, tak szybko przestał i już około 11 zrobiło się tropikalnie. Sprzyjało to konsumpcji napojów alkoholowych, acz chłodnych.

Nie trwało to jednak długo, bo o 13 w namiocie swój występ rozpoczynał najbardziej swegi raper bloku wschodniego. Tommy Cash. Na scenie stał sam. Do dyspozycji miał tylko statyw i wizualizacje, na których oglądać można było blokowiska w Estonii, rosyjskie dywany na ścianach, meblościanki rodem z PRL-u i wiele innych elementów, które przeszły do lamusa. Wszystko to w zestawieniu z tekstami o pieniądzach, samochodach i kobietach miało taki wydźwięk jak mieć powinno – klimat Die Antwoord. Publika? Szaleństwo jak w Jarocinie 🙂

Godzinę później udaliśmy się na trybuny ulokowane przy głównej scenie, by móć przynajmniej przez chwilę posłuchać, co do zaoferowania ma Gallowstreet Band. Dużo dęciaków, fajna energia i masa harmonii sprawiły, że zostaliśmy do samego końca, popijając chwilę wcześniej kupiony cydr z czterema kostkami lodu.

Chłodzenie w ten sposób ma jednak swoje wady – chce się jeszcze, a potem człowiek jakiś taki miękki się robi. Stąd też koncert Beardyman’s Masters of Distraction obejrzałem siedząc w dalszej części namiotu. Chyba nawet się przez chwilę zdrzemnąłem. Jako że nie zamierzam pisać profesjonalnej recenzji, mogę śmiało stwierdzić, że nie żałuję tej drzemki, bo w momencie, kiedy jeszcze koncert starałem się ogarniać, nic mnie nie urzekało. Wiem, że Beardyman to uznany beatboxer, ale… nie… jakoś nie…

Godzinę później udaliśmy się na koncert, na którym najbardziej zależało A., mi trochę mniej. Birdy zagrała ładnie, delikatnie i chwytała za serce swoimi kompozycjami. Przeczepić się jednak można, że cały zespół jakoś do niej nie pasuje, a ona sama rzadko kiedy wstawała od pianina.

O 20.00 stanęliśmy po raz pierwszy w tym roku przed trudną decyzją, który koncert wybrać. Wybraliśmy oba. Po pół. Ja bardzo chciałem zobaczyć Thurston Moore Group, spodziewając się trochę więcej niż dostałem. Pan Moore pomylił chyba adresy. Ta publiczność nie znała twórczości zespołu tak, jak zna Sonic Youth [Moore był wokalistą] i trzeba ich do siebie przekonać. Niezrozumiałymi dla większości pozdrowieniami dla Ringo Starra (peace and looooove…) bardziej sieje się ferment niż przekonuje, zatem poszliśmy na drugi koncert – Solange.

Bardziej z ciekawości niż z sympatii, bowiem w mojej głowie dalej jest przeświadczenie, że Solange to „ta siostra bijons„. Koncert wyglądał jednak pro. Ruchy sceniczne, zespół, scenografia – level expert. Artystka miała jednak pecha – stojąc frontem do sceny nie dało się nie zauważyć czarnych chmur i błyskawic, nie dało się nie zauważyć ewakuacji metowalowych trybun, nie można było zignorować powiadomienia w aplikacji o zbliżającej się nawałnicy z piorunami i silnym wiatrem.

Nie wiem, czy ktoś wytrzymał do końca koncertu, bo jakieś 15 minut przed planowanym jego zakończeniem zaczęło się – my już byliśmy w namiocie, do którego biegliśmy w mocnym deszczu. Burza, nie tak gwałtowna, jak zapowiadali, trwała góra kwadrans, potem jeszcze chwilę pokropiło, a w nocy na festiwalem rozpościerało się już bezchmurne niebo.

W związku z burzą koncert Benjamin Clementine został przesunięty o pół godziny, dzięki czemu mogliśmy chwilę pooglądać namiotowy koncert London Elektricity Big Band. Matko bosko – tam było 20 osób na scenie! Jak te utwory brzmią na żywo, w aranżacjach na tyle instrumentów. No nie wierzyłem! Mam jednak wrażenie, że przy takiej dużej orkiestrze, to jest trochę marnowanie potencjału, bo można dużo więcej, ale jeżeli kogoś na to stać..

Poszliśmy dalej. Wspomniany wyżej Benjamin Clementine z niesłychaną łatwością co utwór skracał dystans oddzielający artystę od publiczności. Robił to z taką miłą bezczelnością, że gdyby mógł, to albo wszystkich zaprosiłby na scenę, albo sam ściągnąłby swój fortepian do publiczności. Wszystkie te gesty i zachowania były przy tym tak bardzo spontaniczne, że miało się wrażenie uczestnictwa w czymś niezwykłym.

Mark Lanegan zaczynał zaraz po Benjaminie. Wprawdzie na innej scenie, ale w tak niewielkim odstępie czasu nie był w stanie zrobić czegokolwiek, co mógłbym na długo zapamiętać. Fajne, klasyczne gitarowe granie. Lubię takie, ale jakoś na twarzy A. widziałem, że chciałaby już isć na M.I.A. No i poszliśmy – w 40 minucie jej koncertu (miała grać 90 minut).

Gdy przychodziliśmy pod główną scenę zobaczyliśmy, że koncert już właśnie się kończył. Grubo i długo… Nic jednak dalej nie jest w stanie zagrozić 34 minutowemu koncertowi Goldfrapp na Openerze. No to co? Idziemy po piwo i na Austra? No tak.

Austrę widziałem dobrych parę lat temu na Off Festivalu. Pamiętam, że coś wtedy mocno mnie rozpraszało. Gdy zobaczyłem kolesia grającego na klawiszach wyglądającego jak Gracjan Roztocki, od razu sobie wszystko przypomniałem. – Ale mnie denerwuje ten koleś na klawiszach – powiedziała do mnie A. Dokładnie tak samo miałem w Katowicach parę lat temu.

A jak na scenie prezentuje się Austra? Wizualnie 2-2, to znaczy Gracjan + wokalistka przebierają się w kontrowersyjność, basista i perkusistka wyglądają profesjonalnie i tak też się zachowują. Jakbym widział dwa zespoły na tej samej scenie, grające piosenki, które znam z płyt, ale w błędami (Gracek strasznie się mylił i gubił rytm), z przesadnie nagłośnionym wokalem. Wkurza to strasznie. Idziemy dalej.

– A., chodź ze mną do namiotu na Squarpusher. Nie spodoba Ci się! – poszła. Szczęście dla A. godzinny set był już w połowie, więc te brejki i męki nie trwały dla niej długo. Mi się podobało. Świetnie ryjące banie wizualki i ten potężny dźwięk Space Areny. Mega!

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie jeszcze obejrzenie fragmentu London Elektricity Dj Set. Klasyczna wersja djska tego, co parę godzin wcześniej mogliśmy zobaczyć w aranżacji na 20 osób. Solidnie i głośno. Kto miał siłę, mógł się bawić. My tej siły już nie mieliśmy, więc..

..poszliśmy na Sleaford Mods. Nie widziałem ich wcześniej, więc z daleka brzmiało to jakby do Trencina przyjechał jakiś londyński punkwy band. Kto przyjechał? Wokalista ze statywem i drugi koleżka w szortach z piwem w ręku, który bujał się przed laptopem ustawionym na skrzynce. Naciskał guzik play, czyli najpewniej spację. Tak, to był jego jedyny wkład w ten koncert. Muzycznie fajnie, ale tak w garażu można zjawisko ludziom pokazywać, a nie na scenie. Trochę mnie to obraziło.

Sobota obudziła nas palącym słońcem. Jestem stary, więc nieprzytomnie stwierdziłem, że jeszcze muszę pospać. Wzięliśmy koc i poszliśmy do namiotu, gdzie jeszcze niespełna 5 godzin wcześniej swój set grał London Elektricity, a później B-Complex. Walnąłem się na koc i zasnąłem. Jak co roku o 11 w tym namiocie odbywała się legendarna bitwa b-boy’ów. Nie wiem kto wygrał w tym roku, ale pewnie tradycyjnie Hasta La Muerte Crew..

Gdy doszedłem do siebie, ogarnąłem się, odbyłem spóźnione poranne rytuały, a także te stricte pohodowe (patrz, piąty akapit), zrobiło się popołudnie. Na głównej scenie festiwalu pojawił się duet z Meksyku Rodrigo y Gabriela. Kto nie zna, ten musi wiedzieć, że jest duet gitarowy. Brzmi to cudownie i hiszpańsko przy ogromnym zaangażowaniu i determinacji. Gabriela cały koncert siedziała na wózku inwalidzkim, bo w czasie turnee złamała nogę. Niejedna wielka gwiazda rocka odwołałaby trasę.

Godzinę później zajrzeliśmy na chwilę na Gypsy Band Lomnickie Chave, ale brzmiało to mniej więcej tak, jakby zespół weselny bawił swoich gości po pół litry per stolik + litr na orkiestrę – niby nic, a jednak nosi. Nas jakoś ponieść nie chciało. No może jedynie pod główną scenę, gdzie starając się znaleźć miejsce w cieniu, z łatwością stanęliśmy w trzecim rzędzie.

Stąd oglądaliśmy koncert Jack Bugg. Bardzo liczyłem na ten koncert, bowiem jego muzykę wożę w samochodzie. Natomiast A. mnie ostrzegała, że artysta zagra pewnie większość nowego materiału. Na szczęście plejlista była zróżnicowana i usłyszeliśmy klasyczną przekrojówkę. Nie zmienia to jednak faktu, że jego zespół wyglądał jak muzycy sesyjni – tacy najemnicy. Zupełnie zdawali się nie czuć tego, co grają, co nie przeszkadzało, by młodziutkie fanki z pierwszego i drugiego rzędu, przy każdym numerze wydawały z siebie dziwne dźwięki. Ja z trzeciego już nie piszczałem, ale z koncertu wyszedłem zadowolony.

Między 21.30 a 23.00 zjedliśmy kolację złożoną z rzeczy, które na Pohodzie są najlepsze – mięso i piwo oraz nieuzasadniona ilość cukru. Na Słowacji się nie liczy 😉 Potem przecisnęliśmy się przez rosnący z każdą minutą tłum pod główną sceną, by zobaczyć chyba największą gwiazdę tego festiwalu – Alt-J.

Dla mnie miało to być czysto „dziennikarskie” odhaczenie koncertu.. Nie wiem jednak jak minęło to 80 minut. Światła oraz ten tajemniczy minimalizm na scenie połączony z czystym i niezafałszowanym brzmieniem zahipnotyzował publiczność. To było coś niezwykłego. Jeżeli Ty, czytający ten tekst uważasz Alt-J za jeden z wielu zespołów indirokowych, koniecznie sprawdź ich przy najbliżej okazji (np. na Live Festival w Krakowie) 😉

Po jednym z największych zaskoczeń festiwalu poszliśmy do tanecznego domu. Na chwilę, zobaczyć występ Baloji. Było to po drodze na Orange Stage gdzie grali już Jesus and Mary Chain. Koncert Belga urodzonego w Kongo okazał się jednak tak świetny, że zostaliśmy do końca. Energia, trochę gospelowych opowiadań o Afryce i francuskojęzyczny rap sprawił, że naprawdę wszyscy w namiocie się do siebie uśmiechali. To tutaj pasowałby Thurstoon Moore ze swoimi życzeniami dla Ringo Starra 😉

Nim się obejrzeliśmy, była już 1.00. Poszliśmy więc jeszcze na ostatnią w tym roku pohodową pizzę, a po niej na Boys Noize Live. Potęga megawattów i świateł była tak mocna, że ten set musiał być genialny. Ja jednak miałem zjazd i w głowię perspektywę jutrzejszej porannej 300-tukilometrowej trasy do pokonania za kierownicą mojego bolidu. Zbastowałem i z wielkim żalem udałem się w ostatnią podróż do namiotu.

W niedzielny poranek jeszcze kontrolnie na terenie festiwalu przebadałem się na zawartość krwi w alkoholu i mogłem już opuścić ten najcudowniejszy skrawek ziemi, ale tylko na niespełna rok, bo Pohoda to festiwal, na który chce się wracać. Na inne festiwale jestem już za stary, męczą mnie kolejki, przepychanie się w tłumie z ludźmi, którym bardziej niż mi zależy, żeby stać w tym miejscu, w którym właśnie stoję. Na Pohodzie jest inaczej, mimo zmęczenia, które dopada w powodu słońca i niewyspania mam wrażenie, że rok w rok wracam do domu tak naładowany pozytywną energią, że jedyne, na co mam ochotę to kupno biletów na kolejny rok..

 

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s