O festiwalu, na który przyszedłem piechotą

ru-0-r-650,0-n-Ma2100940hLtH_krakow_live_festivalStało się. Byłem na pierwszym dniu Kraków Live Festival.

Trudno mi było się nań nie wybrać. Mieszkam tak blisko miejsca festiwalu, że gdyby się zdarzyło, iż wszystko słyszę przez otwarte okna, to szlag by mnie trafił. Tym bardziej, że pierwszego dnia festiwalu występowali Foals, których koncerty są świetne (#potwierdzoneinfo) jak i rewelacja sezonu i objawienie polskiej rap gry – Taco Hemingway

Z racji wątpliwego zainteresowania resztą lineupu (może poza Kendrickiem) i stosunkowo drogich biletów jak za ten konkretny dobór artystów, postanowiłem uczestniczyć tylko w pierwszym dniu imprezy. Tym bardziej, że karnet uprawniał do udziału również w trzecim dniu, na którym już pojawić się na pewno nie mogłem. Nie zwykłem płacić za coś z czego na nie skorzystam stąd taka a nie inna decyzja. Ktoś może powiedzieć, że 145 złotych, które wydałem za bilet jednodniowy, to i tak dużo jak za dwóch artystów. Ma rację, nie mniej ciekaw byłem również występu The Macabees oraz chciałem się przekonać czy Viet Cong to nowe muzyczne wcielenie Iggiego Popa. Trochę spojler – nie.

Ale po kolei. Z racji tego, że podobnie jak pół Polski, zajarałem się twórczością Taco Hemingway, nie mogłem sobie odpuścić okazji by zobaczyć chłopaków w akcji. Jako, że pora koncertu była dość wczesna, namiot nie zdążył się wypełnić i początek koncertu widziała zaledwie garstka osób. Filip był nieco stremowany swoim występem przez co w jednym z pierwszych numerów wyłożył się z tekstem zapominając paru linijek. Nie mniej Ci, którzy czekali by usłyszeć kawałki z Trójkąta Warszawskiego oraz Umowy o dzieło, mieli to gdzieś. Pewnie dlatego, że doskonale wiedzieli to w tych linijkach było. Koncert świetny, ale publika, która robiła się coraz bardziej liczniejsza niestety była bardzo zaspana, trochę zmanierowana. Nie do końca wiem o co chodzi, ale na pewno bawiła się gorzej niż ta, zgromadzona na Openrze.

#ckzs #taco #tacohemingway #live #livefestival #trojkatearszawski #szlugi #kalafiory #krakow #festival

A post shared by Bombel (@bombelwilk) on

Muzycznie Fifi i Rumak zagrali dobrze, brzmieli dobrze, wyglądali dobrze. Wszystko dobrze. Dodatkowo zagrali również utwór Tunarzywo, który o mało nie sprawił, że Taco zostałby Łoną no.2.

Jako, że na teren fesitwalu wchodziliśmy w momencie, kiedy Taco zaczynał swój koncert, nie zdążyliśmy ogarnąć, jak blisko oba namioty są od siebie położone. Praktycznie wychodząc z jednego wchodziło się do drugiego. Tam już na scenie od pół godziny dudnił Kamp!. Mnie nie porwało, może dlatego, że totalnie nie wiem co się u nich dzieje. Mam wrażenie, że od dobrych kilku lat nie nagrali totalnie nic. Jeżeli zdarzyło im się popełnić jakieś single czy remiksy, były one na tyle ciche medialnie, że do mnie nie dotarły. 

Po Kampie nastał czas na eksplorację terenu festiwalu, która skończyła się po kilku minutach zakupieniem piwa i siedzeniem na trawie. Nie, nie jestem ochlejami. Po prostu tych parę minut wystarczyło by zwiedzić klatkę wielkości 100x100m, w której znajdowała się strefa piwno-gastronomiczna. Czuliśmy się jak w jakimś więzieniu. Dzięki Ci za to ustawo o imprezach masowych!

Kiedy już skonsumowaliśmy piwo, udaliśmy się na koncert Viet Cong, bo na płycie i z namiotu brzmieli jak wczesny Iggy Pop. Niestety, panowie na scenie są zbytnio wczuci i nieco wstydliwi. Mają znikomy kontakt w publicznością i raczej o charyzmie nie ma mowy w ich przypadku. Nie spodobało nam się. Poszliśmy na Low Roar.

#live #livefestival #krakow @krakow_festival #lowroar #amazing #ckzs @mocak_krakow

A post shared by Bombel (@bombelwilk) on

Tutaj działa się magia. Islandia zamarznięta w dźwiękach. Pięknie, minimalistycznie a do tego słońce wpadające do namiotu dostarczało kolejnych wrażeń wizualnych. 

DCIM100MEDIA

Low Roar 

Zupełnie niespodziewanie zachwyciliśmy się tak bardzo, że zostaliśmy niemal do końca. Niemal, bo chcieliśmy również zobaczyć koncert The Macabees

Z przykrością muszą  jednak stwierdzić, że koncert The Macabees, który zobaczyłem jako support The Editors kilka lat temu, był tak samo bez historii jak ten na Kraków Live Festivalu. Oczywiście wtedy byli miłym urozmaiceniem czekania na gwiazdę wieczoru. Teraz występowali na festiwalu, gdzie poza headlinerem, byli jednym z głównym artystów na dużej scenie. Z tego koncertu nie zapamiętam zupełnie nic. Był po prostu poprawny, do poklaskania i do bujania biodrami. To chyba jednak jednak za mało.

Po zasileniu się ciepłą strawą, poszliśmy zobaczyć fragment koncertu Ratatat. Nigdy ich nie lubiłem, ale koncert świateł jaki towarzyszył muzykom robił piorunujące wrażenie. W szczególności lasery, które przecinały powietrze tuż nad głowami zgromadzonej publiczność. Rzecz pewna – lasery nikomu krzywdy nie zrobiły 🙂

Tuż przed końcem Ratatat trzeba było się przenieść na main stage i w spokoju oczekiwać na gwiazdę wieczoru – Foals. Oczekiwania miałem spore, bo już kiedyś na Openerze ich koncert w deszczu wywołał u mnie dreszcze. Bynajmniej nie były one spowodowane kompletnym przemoczeniem ciuchów, ale tym, że koncertowo dali z siebie wszystko. 

Nie inaczej było i tym razem. Zespół wpadł na scenę i od razu zaczęli mocno – Snake Oil, ale to była dopiero rozgrzewka. Olympic Airways i bardzo charakterystyczny refren tego utworów, sprawił, że już niemal wszystkie ręce były w górze. My Number zadziałał tak, że uświadomiłem sobie, iż oni nie mają złych kawałków, że nie potrafią źle grać i są generalnie klasą samą w sobie. Mountain At My Gate i kolejne wrażenie, że jeżeli nic się złego nie wydarzy w ich karierze zostaną legendą. Blue Blood, Providence to kolejne kawałki przy, których oprócz zachwytu, banana na ryju nie pamiętam nic więcej. Spanish Sahara – permanentny zachwyt i magia. No i te światła. Serio, dawno nie widziałem na festiwalu tak dobrego setu oświetlenia. Red Socks Pugie to chyba przy tym kawałku Yannis zszedł po raz pierwszy do publiczności, tutaj pojawił się żal, bo z racji braku kamer i telebimów zobaczyć to mogli jedynie ludzie w pierwszy rzędach. Detal, ale cóż. Late Night, Inhaler tłum szaleje! Yannis wbiega w tłum, wskakuje ludziom na ręce. Wariactwo! What When Down szaleństwu i ekstazie nie widać końca. Gasną światła koniec. Słychać jedynie przeraźliwy pisk zwiastujący, że ludzie chcą jeszcze i liczą na solidny bis. Two Steps, Twice jako encore. Koniec koncertu. Niesamowity! Taka myśl dudni w mojej głowie. Kolega obok zachwycony, ale czuje niedosyt. Wszak headliner zagrał tylko 12 utworów. Koncert trwał 75 minut. Ale naprawdę było to chyba najlepsze 75 koncertowych minut w tym roku. Kto tego nie przeżył wychodząc wcześniej, olewając festiwal, robiąc cokolwiek innego – niech żałuje. Takie koncerty nie zdarzają się często.

Razem z @ynnsphilippakis z @foals dziękujemy za pierwszy dzień #krakowfestival2015 👋👋👋

A post shared by Kraków Live Festival (@krakow_festival) on

Reasumując, powinienem napisać, że organizacyjnie festiwal negatywnie zaskoczył, ale z drugiej strony poza brakiem telebimów i małym obszarem gdzie można było sobie usiąść ze znajomymi i napić się piwa, nie ma się do czego przyczepić. No dobra, może godziny rozpoczęcia koncertów były zbyt wczesne, ale to z kolei na pewno jest spowodowane ciszą nocną i takim a nie innym odsetkiem ludności zamieszkujących osiedla w okolicach Błoń. Muzycznie, nie przeżyłem wielkich rozczarowań, a poza Foals kilka zespołów pozytywnie zaskoczyło. 

Jedyne co boli, i to tak bardzo to cena biletów. Ta w mojej opinii powinna być niższa, co przekułoby się z pewnością na większą frekwencje, bo poza koncertem Foals, miałem wrażenie, że namioty ze scenami, nie były wypełnione nawet w połowie. Liczę jednak, że pomimo to, festiwal odbędzie się również za rok i nie podzieli losu Selector Festivalu. Jak to mawiał klasyk – we will say, the time will tell.

Na dokładkę – kupiłem kamerę i próbowałem nią coś rejestrować, ale dźwięk jest tragedia. Nie mniej coś dla konserów i prawdziwych ckzs-etowiczów (nie żadnych podrabiańców):

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O festiwalu, na który przyszedłem piechotą

  1. Pingback: O tym jak jeden z drugim, biletami na Taco handlował | Człowiek, który zgubił słuchawki

  2. Source: Glucose Watch non-invasive continuous monitors due for release in 2011.
    Approximately 2. For example, two studies presented at
    this year’s symposium on human health effects of
    fruits and vegetables found that the addition of vegetable juice in people’s
    diets was a successful strategy to help them reach the vegetable
    guidelines (at least 4 servings per day).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s