Put Yours i-phones In The Air

concert-phones-1Witajcie,

wróciłem. Z kilkutygodniowych wakacji od pisania i publikowania czegokolwiek na blogu. Pewnie niektórzy zauważyli, że ograniczyłem swoją aktywność jedynie do fanpage’a, gdzie można zauważyć, czym danego dnia muzycznie się jaram. Tam też w miarę obszernie wyjaśniłem, skąd wzięły się te tygodnie bez słowa pisanego. Potrzebowałem ich, by nabrać świeżości i nieco zająć się tym, co ważne. Nie to, żeby pisanie do takich rzeczy nie należało, ale są też inne sprawy, którymi warto się absorbować (hera, koka, hasz, lsd).

Jakie wnioski po urlopie? Wyleczyłem się z pisania o wszystkim. Coraz rzadziej mam wrażenie, że temat, o którym chcę napisać, jest tematem ciekawym. Pewnie jest to wina tego, że coraz mniej koncertów przykuwa moją uwagę, coraz mniej płyt jest warta poświęcenia im całego obszernego artykułu, coraz mniej zdarzeń ze świata muzycznego dziwi i zaskakuje, w końcu tego, że chyba coraz bardziej jestem stary. 

Z przykrością stwierdzam, że ostatni koncert na jaki się wybrałem, był wyborem bardziej z przyzwyczajenia i szacunku dla artysty, niż wydarzeniem, na które czeka się z niecierpliwością. Koncert Bonobo w krakowskim klubie Studio był czwartym koncertem tego genialnego muzyka, na jakim byłem. Nota bene widziałem go po raz trzeci w ramach tej samej trasy koncertowej. 

Nie to żebym narzekał, bo koncert mógł się podobać komuś, kto jeszcze nie doświadczył kontaktu na żywo z muzyką Simona Greena. Ja jednak odnosiłem wrażenie, że ze sceny słychać ogranie i rutynę. Do tych wrażeń dochodziło moje przeogromne zmęczenie i ogólny brak możliwości skupienia się na tym, co dzieje się na scenie. Rozpraszało mnie niemal wszystko. Głównie ci, którzy powinni wejść (ale z pewnych powodów, o których za chwilę nie weszli) w ten intymny świat dźwięków Anglika. 

W latach 60-tych nasi dziadkowie czy rodzice, albo przynajmniej ich rówieśnicy w USA na koncertach podnosili dłonie do góry w geście pokoju, w latach 70-tych tłum unosił zaciśniętą pięść. Lata 80-te to podniesione do góry zapalniczki, 90-te ”rogate dłonie – symbol metalu i szatana”. Co teraz podnosi się na koncertach? Telefony i tablety (nie lsd). 

Jestem w stanie zrozumieć potrzebę rejestracji obrazu czy dźwięku na koncercie. Też mi się to zdarza. Wtedy wyciągam telefon czuwając, aby nagrać cały utwór, móc go odpowiednio otagować i wrzucić na Youtube. Tam mi przeszkadzał nie będzie. Pewnie z telefonu odtworzyłbym go góra dwa razy. Wytłumaczcie mi jednak, co siedzi w głowie człowieka, który nagrywa dowolnie wybrane 30 sekund dowolnego utworu, patrząc w mały ekran swojego telefonu, równocześnie używając lampy i kręcąc wokół publiczność? Oczywiście robi to tak szybko, że na nagraniu wszystko będzie rozmazane. Czy naprawdę do ludzi jeszcze nie dotarło, że płacąc 100 złotych za bilet, by móc obcować z artystą, zamiast patrzeć na niego i wejść w koncert na pełnej kurwości, oni wolą patrzeć w mały ekranik swojego telefonu i tak dużo tracić? Nie dość, że taki ktoś sam sobie robi krzywdę, to jeszcze rozprasza innych. 

W tym miejscu chciałbym pozdrowić panią z koncertu Bonobo, która w trakcie jednego z numerów wyciągnęła ogromny tablet, podniosła go nad głowę niczym ksiądz ewangelię i zaczęła kręcić, nie zważając na to, że ktoś za nią zmuszony będzie oglądać jej nagranie.

Kusiło mnie by zrobić jej zdjęcie, ale wtedy stałbym się dużo większym trollem niż ona – byłbym świadomy swojego trollowania.

Taki film jest świetną pamiątką, prawda. Ale można to zrobić amatorsko profesjonalnie. Mój koncertowy kolega, również takie pamiątki lubi. Możecie mi wierzyć, że zawsze kiedy nagrywa, ma na uwadze to, że na koncercie nie jest sam i inni też chcą widzieć, to co dzieje się na scenie. Zresztą sami spójrzcie i odwiedźcie jego kanał na youtube. Można?

Żeby nie demonizować naszej rodzimej publiczności, to oglądając przez cały zeszły weekend relacje z Coachelli, odnoszę wrażenie, że wyciąganie telefonów w czasie koncertów (w szczególności w momencie, kiedy artysta odgrywa swoje hity), jest na porządku dziennym i chyba już mało komu to przeszkadza. 

Coachella zawsze była moim festiwalowym marzeniem. W tym roku jednak dochodzę do wniosku, że już chyba nie chcę o niej marzyć.

Na szczęście są jeszcze miejsca, gdzie lans telefonem, rejestrowanie fragmentów dla znajomych, którzy i tak jedynie z grzeczności obejrzą twój kilkusekundowy filmik, są rzadkie bądź sporadyczne. Mam nadzieję, że te miejsca się nie zmienią. Takie imprezy staram się wybierać, o takich piszę pozytywnie. A relacje wideo z tych wydarzeń oddaję w ręce profesjonalistom. Wszak to kamery festiwalowe mają dla mnie rejestrować relację, a nie ja dla nich.

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s