Bo kolejki też są spoko..

Zacznę jak zwykle: długo zbierałem się do napisania tego tekstu. Trochę brak czasu, trochę mi się nie chciało, a trochę po prostu zastanawiałem się czy warto pisać kolejny zwyczajny tekst, pozbawiony odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Ale po kolei..

 

IMG_0203

Do Katowic przyjechałem już w czwartek, bowiem przy okazji festiwalu miałem okazję odwiedzić mojego kolegę, który na Śląsku zakotwiczył na stałe. Wcześniejszy przyjazd powoduje, że szybko mogę się odnaleźć w nieco innej rzeczywistości, jaką jest dla mnie ten piękny region. Kiedyś nienawidziłem tam przyjeżdżać, ale poznając ludzi stamtąd i czytając artykuły o Śląsku, zmieniłem nastawienie. Trochę pomogły mi w tym wizyty na Nikiszowcu, który jest dla mnie magiczny i dużo bym dał, aby móc stać się częścią społeczności tegoż osiedla chociaż na dłużej niż weekend.

PIĄTEK

IMG_0204Festiwalowy piątek rozpocząłem dość późno, bowiem pierwszy koncert, jaki zobaczyłem był to, notabene świetny, koncert Cloud Nothings. Koniecznie chciałem ich sprawdzić, ponieważ ich płyta, wydana w tamtym roku zrobiła na mnie spore wrażenie. Czwórka z Cleveland grała, w warunkach ekstremalnych, gdy żar lał się jeszcze z nieba. Nic to, bowiem chłopaki się nie oszczędzali łojąc na swoich instrumentach niemiłosiernie. Wokalista, który szalał po całej scenie, równocześnie szarpiąc struny swojej gitary, na koniec gigu, na koszuli miał niewiele suchego miejsca.  Tak powinno wyglądać otwarcie alternatywnego festiwalu.

Po uzupełnieniu płynów i spotkaniu znajomych, których nie widziałem prawie rok, udałem się na koncert Zbigniewa Wodeckiego i Mitch & Mitch. Mam wrażenie, że mimo tego, iż większość zgromadzonych oczekiwała szalonego miksu repertuarowego ”miczów” oraz ”Pana pszczółki”, to mało kto mógł być rozczarowany. Usłyszeć, bowiem można było premierowo materiał, który Zbigniew Wodecki popełnił prawie czterdzieści lat temu. Brzmiał on pięknie! Nic tylko rzec: ”Panie proszę Panów”. Sam pan Zbigniew przez cały koncert wyglądał na najszczęśliwszego człowieka w Katowicach, co również udzielało się nam – wszystkim uczestnikom festiwalu, którzy przyszli pod scenę w ciemno. Na uwagę zasługuje fakt, iż wędrując spod głównej sceny na scenę leśną, pewna grupa zaintonowała „na na na” pochodzące z ostatniego utworu, wirusowo zarażając pozostałych uczestników koncertu.

Pop Group odpuściłem na rzecz stania w kolejce po piwo, bowiem ich muzyka przed festiwalem nie przekonała mnie do siebie. Odpuściłem również Smashing Pumpkins, którzy mam wrażenie, że odcinają już kupony i koncertują trochę bez przekonania, jedynie po to by dobić jakoś do muzycznej emerytury. W czasie, kiedy Billy Corgan i spółka grali na głównej scenie, ja zajrzałem na scenę Trójki gdzie występował duet AlunaGeorge. Był to koncert do obrzydzenia popowy, a wokal przypominał mi Nelly Furtado. Ta sama maniera i sposób śpiewania. I dobrze! Udało im się ponieść dużą część publiczności zgromadzonej o tej porze w namiocie.

Po chwili wytchnienia na scenie leśnej pojawili się, Blondes, czyli ta mroczna, ciemna strona muzyki elektronicznej. Zero sztampy i zaprzeczenie stereotypom rytmicznym. Był to dobry set. Momentami miałem jednak wrażenie, że ludzie, którzy stali obok mnie liczyli na to, że zaraz na scenie pojawi się Disclosure. Niestety tym razem musieli się rozczarować.

Zaraz po secie Blondes, udałem się do namiotu, gdzie swój set grał Shackleton. Dla mnie był to najważniejszy punkt pierwszego dnia festiwalu, bowiem nie zapomnę jego niesamowitego, setu, który zaprezentował w Krakowie. Niestety, ten na Offie był zdecydowanie słabszy, przekombinowany i dość chaotyczny. Dodatkowo bardzo długo się rozkręcał. Tym razem Shackleton nie dał mi tego, na co liczyłem.

Liczyłem za to na Haxan Cloak.. ale ci niestety nie zagrali. Miło, że uczestnicy festiwalu dostali odpowiednio wcześnie info..

SOBOTA

IMG_0210Sobotę zacząłem zdecydowanie wcześniej niż piątek. O 16 byłem już pod główną sceną, gdzie miałem okazję sprawdzić chyba swoje największe odkrycie tamtego roku – Bisza. Tak jak się spodziewałem, jego 45-cio minutowy koncert, który zagrał wraz z B.O.K Band był rewelacyjny. Szkoda jedynie, że było tak gorąco a chłopaki mieli tak mało czasu by zaprezentować cały przygotowany materiał.

Następnie obowiązkowo trzeba było zobaczyć Metz, którzy rok temu nagrali jedną z najlepszych według mnie płyt. Wiadomka, że nie jest to żaden wyznacznik, aczkolwiek koncert, który zagrali w Katowicach musiał być przekonujący, nawet dla osób takich jak ja, którzy z noise rockiem mają na bakier. Jeżeli, wcześniej uważałem, że Cloud Nothings szaleli w upale, to Metz, muszą pochodzić z piekła. Nie jeden artysta w takim szaleństwie doznałby samozapłonu albo przynajmniej udaru. Nie wyobrażam sobie stać w pełnym słońcu na tej scenie, a co dopiero w taki sposób szaleć.

Kolejny koncert, to chyba największe pozytywne rozczarowanie tegoż festiwalu. Jens Lekman, który swoimi folkowymi, bo tak chyba trzeba je nazwać, kompozycjami podbił serca osób zgromadzonych w namiocie. Ręce same składały się do oklasków. Trochę zastanawiałem się, czy nie wolę poleżeć na trawie ze znajomymi pijąc chłodne piwo, ale jednak zdecydowaliśmy się na ten koncert. Pisząc te słowa wiem, że zrobiłem dobrze.

Przed 22-gą na scenie pojawiła się Julia Holter, którą już miałem okazję oglądać w dużo bardziej korzystniejszych warunkach, a na pewno spokojniejszych. Występowała bowiem kiedyś w kościele św. Katarzyny w Krakowie. Niestety, mimo że koncert był niezły i mógł się podobać, Julia nie podbiła mojego serca – z namiotu wyszedłem wcześniej i słuchałem próby tego, na co czekałem wiele lat..

IMG_0213Kilka minut po 23-ciej na scenie pojawili się oni – Skalpel. Show, które przygotowali musiało się podobać. Niesamowite dwupoziomowe wizualizacje. Idealne zgranie. Marzenie o zobaczeniu Skalpela na żywo się spełniło.. ale pozostał niedosyt. Nie rozumiem, po co było solo perkusyjne w połowie koncertu. Zupełnie nie pasowało do całości setu. Uważam również, że panowie poszli trochę na łatwiznę prezentując utwory, które były przygotowane specjalnie na koncert Polish Icons w zeszłym roku. Na szczęście zaprezentowali tylko połowę z tamtych utworów, a potem ponownie rozbrzmiały dźwięki samplowanego polskiego jazzu w asyście instrumentów i maszyn.

Po Skalpelu udaliśmy się przycupnąć na GodspeedYou!BlackEmeror. Jak dla mnie było to straszne. Na szczęście szybko stwierdziliśmy, że warto sprawdzić Rudi’ego Żygadlo. Był to strzał w dziesiątkę. Świetny koncert, którego jedynym mankamentem było to, że zbyt szybko się skończył.

Znajomi, których spotykałem na festiwalu bardzo liczyli na koncert Austra. Koncert był całkiem niezły. Niestety, nie mogłem się skupić, bowiem pan klawiszowiec, przypominający swoim strojem Leszka Blanika na chwilę przed wykonaniem figury gimnastycznej, rozpraszał mnie bezlitośnie. Naprawdę w pewnym momencie zacząłem komentować do znajomych jego gestykulację i ubiór, co spotkało się ze stwierdzeniem, że w tym zespole chyba wszyscy lubią chłopców. Wcale bym się nie zdziwił.

Ostatnim sobotnim koncertem, był set Holy Other. Niestety, mimo iż świetny, to nie wytrwałem do końca i zmyłem się wcześniej. Trochę żałuję, ale cóż zrobić, kiedy człowiek opada z sił.

NIEDZIELA

Ten dzień był chyba najkrótszym dniem festiwalowym w moim życiu. Spowodowane było to tym, że w domu zostawiłem pracę, która bezlitośnie o sobie przypominała. Zatem, przed końcem koncertu Deerhunter zmierzałem już do wyjścia.

 Żeby jednak nie było tak smutno, niedzielne popołudnie rozpocząłem o 16-tej koncert Gówna, które to zagrało na głównej scenie. Mówią, że punk rock umarł. Po tym koncercie mam wrażenie, że on jedynie odpoczywa by się obudzić bardzo silnym. Zespół Gówno jest dowodem no to, że wciąż są sprawy, którymi muzycy muszą się zająć i o których należy śpiewać.

W niedzielę zagrali również Japandroids, którzy jak zwykle narobili trochę hałasu, a ja jak zwykle zastanawiałem się nad tym ”gdzie do cholery jest bas”? Brudne, mocne brzmienie z Vancouver zawsze na prospie, tym bardziej, że ten koncert był ich ostatnim koncertem w ramach tegorocznej europejskiej trasy. Był to chyba jeden z ciekawszych koncertów na tegorocznym Offie.

Kilka chwil później, poszedłem sprawdzić, co Molesta pamięta z płyty Skandal. Pamięta sporo, ale często się myli w tekstach. Mocno się zdziwiłem, że publiczność zgromadzona pod sceną nie jest tak liczna jak myślałem. Wielki minus dla Molesty za to, że dodatkowo zagrali utwory z ostatniej płyty. Pomijam fakt tego czy dobrej czy nie, ale jak się gra cały album to niech tak pozostanie.

Godzinę między koncertem Molesty a Deerhunter poświęciłem na piwo ze znajomymi, bo wiedziałem, że już za kilka chwil, będę musiał wracać do domu, a na Offa wrócić najwcześniej za rok. Szkoda, trochę było wychodzić z terenu festiwalu przed końcem tak świetnego koncertu, bowiem Deerhunter grał sporo z nowej płyty. Bardzo mi się ta płyta podoba, a ściana gitar, jaką mogłem uświadczyć była wręcz hipnotyzująca.

POST SCRIPTUM

Tegoroczny Off Festival muzycznie stał na niezłym poziomie. Niestety, organizacyjnie leżał, kwiczał i kazał nazywać się małą suką. Z przykrością stwierdzam, że karty pay-pass nie działały tak jak powinny, a brak możliwości jej doładowania i w zamian kupowanie drugiej jest bezczelnym sposobem promowania Mbanku. Wiadomym jest, że owy bank będzie mógł się pochwalić liczbą klientów, którzy w ciągu sierpnia otworzyły nowe rachunki i stały się użytkownikami karty obsługiwanej przez jeden z dwóch systemów transakcyjnych. Jeżeli przychodziłeś na festiwal bez gotówki a chciałeś się napić piwa, trzeba było czekać w kolejce do bankomatu, w kolejce po bony/kartę pay-pass, i w kolejce po piwo. Celowo nie wspomnę o kolejce do toi-toia, bo to standard na każdym festiwalu i trochę element folkloru.

Dodatkowo organizator poleciał w kulki ze zjadaczami typowej festiwalowej kiełbasy. Tylko jedno stanowisko oferowało coś sensownego do zjedzenia za sensowne pieniądze. Stanowisko to znajdowało się.. tuż za płotem festiwalu i nie miało z festiwalem nic wspólnego. Za rok będę je często odwiedzał. Tam nie było kolejek, było więcej i smaczniej.

Dodatkowo skrytykować muszę organizację samego wejścia na festiwal. O ile w tym roku ochroniarze byli w porządku i nie traktowali uczestników jak terrorystów o tyle, wolontariusze ogarniający wejście mieli WYJEBANE i nie reagowali na ludzi trzymających w rękach bilety zakupione przez Ticketpro. Więc staliśmy, jak debile tylko po to, by usłyszeć, że z tymi biletami trzeba iść do stoiska obok gdzie przez cały czas nie było kolejki.. nie było do czasu aż wszyscy z biletami z Ticketpro do niego podeszli.

Artur Rojek na spotkaniu w piątek chwalił się, że festiwal jest wyprzedany. Jest to dobra wiadomość, bo świadczy o tym, że w tym kraju gdzie w mediach ogólnopolskich prezentuje się syf, wciąż są ludzie, którzy chcą słuchać alternatywnej, nieznanej szerzej muzyki. Z drugiej mańki, jak robisz festiwal, to dobrze by było przewidzieć wszystkie ewentualności i nie frustrować uczestników kolejkami nawet po piwo.

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s