Pohodowy Slams, czyli nasz beztroski weekend

Siedzę wygodnie w fotelu, z głośników lecą dźwięki, których jeszcze kilkanaście godzin temu mogłem słuchać na żywo. Wspominam i żałuję, że już koniec: tegoroczna Pohoda skończyła się w niedzielę nad ranem.

Nasz wyjazd na festiwal stał od pewnego czasu pod znakiem zapytania. Ktoś obawiał się o finanse, ktoś inny o urlop, jeszcze ktoś inny decydował się między Pohodą, Openerem a Ostravą, a jeszcze inny miał problemy z samochodem. Koniec końców udało się pokonać przeciwności i na trenczyńskim lotnisku zameldowaliśmy się we czwartek po południu w mocnej grupie.

 CZWARTEK

Jako, że dla niektórych z nas była to pierwsza Pohoda w życiu a koncerty zaczynały się późno, to wspólnie udaliśmy się na mały rekonesans terenu i tradycyjnie goryczkowego Bażanta, których na tym festiwalu wypiliśmy jeszcze wiele.

Niestety, na Słowację jechałem przeziębiony z małą, podręczną apteką. Gdy położyłem się na chwilę w namiocie obudziłem się na pół godziny przed pierwszym koncertem, który chciałem zobaczyć. Czułem się fatalnie, co może potwierdzić fakt, że na pytanie kumpli o to czy napiję się wódki, zastanowiłem się gdzie mógłbym ewentualnie zwymiotować. Nic to, trzeba się będzie wyleczyć muzyką – pomogło.

Na pierwszy ogień poszli Kaiser Chiefs, którzy od pewnego czasu nie mogą się pochwalić żadnym przebojowym singlem na miarę Ruby. Faktem jest jednak to, że ich koncerty są zawsze pełne energii i charyzmy, która wręcz kipi od osoby front mana. Dobre rozpoczęcie festiwalu i wprowadzenie w klimat słowackiej publiczności, która reaguje bardziej spontanicznie, rzadziej klaszcze w ręce, nie przeciska się na chama pod scenę w połowie koncertu, ale w przypływie euforii ciska w tłum różnymi przedmiotami. Najczęściej jest to niedopite piwo w plastikowym kuflu. Biorąc pod uwagę, że następnym koncertem był Major Lazer, to tego typu zachowań było, co niemiara. Wszystko to jednak było wynikiem euforii, bowiem Diplo i Switch swoim perfekcyjnie dopracowanym setem porwali tłum. Ich występ na Openerze rok temu, może prać skarpety temu, co działo się w namiocie Space Areny. Majstersztyk!

Po tym, co zobaczyłem i usłyszałem, czułem, że zdrowieje. Oznaką tego było odpuszczenie koncertu Smashing Pumpkins, (zagrają za dwa tygodnie na Offie), a udanie się na set Dre Skull. Niestety, nowoczesny dj’ing w jego wykonaniu nie przypadł mi do gustu i to już drugi raz. Co innego set Diplo, który po półtoragodzinnej przerwie znów wyszedł na scenę, tym razem już sam. Dużo breakbeatów – tak najprościej można zdefiniować ten set. Dla fanów muzyki elektronicznej była to pozycja obowiązkowa, dla pozostałych uczestników festiwalu, to co pokazał Diplo mogło być nużące.

 

PIĄTEK

Piątek planowałem zacząć od koncertu Naive New Beaters, ale.. pomyliłem sceny i trafiłem na jeden z lepszych koncertów, jakie na tym festiwalu widziałem. Sam Lee and Friends, zaprezentowali muzykę przeróżnych grup etnicznych, z jakimi obcowali, okraszając wszystko ciekawymi anegdotami. Na długo zapamiętam jak żartobliwie skomentowali przerwę spowodowaną lejącą się wodą z dachu, która pod wpływem wiatru spadała wprost na odsłuchy. Sam Lee skwitował to, że pomimo, iż wokół są góry a zza chmur wyłania się słońce, oni nie uciekną od swojego londyńskiego pochodzenia. Coś w tym jest.

 

Następny koncert, który było mi dane zobaczyć i to w całości to Babylon Circus. Dźwięki francuskiego ska, spowodowały, że poczułem się jak na ich koncercie w 2006 roku na Przystanku Woodstock, z tą różnicą, że nie obcierały mnie buty. Istne szaleństwo w upale!

Potem trzeba było odpocząć i wspólnie pobiesiadować czując prawdziwy klimat Pohody, czyli wspólnoty i beztroski. Siedząc w cieniu i spożywając trunki wszelakie machnęliśmy ręką bez żalu na koncert Bloc Party i udaliśmy się dopiero na Kate Nash. Długo nie mogłem uwierzyć, że to ta sama wokalistka, z którą skleiłem ”piątkę” dwa lata temu na Openerze – wygolone włosy po bokach, to co na środku, zostało okraszone blond pasemkami, ubrana jak pankówa, do tego nie odstawia gitary, sprawiając, że wszystkie melodie w których kiedyś się kochałem teraz brzmią jak słaby żart podrzędnego garażowego zespołu. Bez żalu poszedłem na koncert Cafe Aman Instanbul a następnie Tony Allen. Oba te koncerty były jednak preludium do tego, co się dziać zaczęło, po 22, kiedy to na scenie pojawili się Ci, którzy sprawili, że Pohoda tak mocno intrygowała i wręcz zmuszała do przyjazdu. Django Django, bo o nich mowa, zagrali koncert, którego nawet ktoś, kto ich płyty słuchał zapętlonej przez wiele tygodniu nie mógł się spodziewać. To, co zaprezentowali na żywo było tak bardzo inne, od materiału z albumu, że ich obecność na elektronicznym festiwalu w Chorwacji stała się jasna i zrozumiała.

Uwierzcie, że koncert był tak dobry, że nie chciało mi się iść na Atoms Fot Peace i można powiedzieć, że byłem tam tylko po to by zobaczyć, czy Tom Yorke i Flea jeszcze żyją. Żyją i mają się nieźle. Można iść na piwo i na Justice. Ci, co mieli ich okazje zobaczyć wcześniej, na początku setu mogliby być rozczarowani: nie było piecy Marshalla, brakło krzyża i wizualizacji. Sprzęt nie dojechał, bo lotnisko w Londynie zostało wyłączone z ruchu lotniczego na wskutek pożaru. Nie dojechał również, Erol Alkan, ale i tak by nie mógł przebić, setu, który zagrali Francuzi. Pokazali, że bycie prawdziwymi djami oznacza pełna akceptację tłumu na prezentowanie tune’ów od Boney M, Queen czy Robbiego Williamsa. Naprawdę szacun! Genialny set!

Potem zaczął jeszcze Tibor Holoda, ale niestety nie było już siły by chociażby wysłuchać dobrze zapowiadającej się selekcji.

SOBOTA

Sobotę rozpocząłem, jak co roku finałami mistrzostw Słowacji w Break Dance. Poziom może był bez szału, ale jest to rzadka dla mnie okazja by w tego typu wydarzeniu uczestniczyć. Potem, kilka godzin później, wybrałem się na jedyny w tym roku koncert hiphopowy – czeskie Prago Union, które Słowakom może już się osłuchało a dla mnie było nowym odkryciem i okazją do wsłuchania się w język podobny do naszego. Rewelacyjny, odprężający koncert. Po kilku piwach i wspólnej konsumpcji tego co z Polski przywieźliśmy, udałem się pod Orange Stage gdzie swój koncert grała Dubioza Kolektiv z Bośni. Kto ich, chociaż raz widział, ten wie, że po ubiorze łatwo jest ich pomylić z piłkarzami Borussi Dortmund, z tą różnicą, że Dubioza gra lepiej o czym mogła przekonać się nie dość liczna publiczność.

Mimo świetnego koncertu, nie zostałem do końca gdyż na Bażant Stage rozpoczynał się koncert Buena Vista Social Club, a właściwie orkiestry wspomagającej ostatnich żyjących światków istnienia tego kubańskiego klubu. Cokolwiek by nie napisać na temat tego koncertu, to i tak będzie za mało. Dla mnie było to przeżycie mistyczne, na które czekałem od czasu obejrzenia filmu. Wreszcie się stało, a widok uśmiechniętej Omary Portmondo, która w sile wieku potrafi tańczyć jak niejedna nastolatka był wprost cudowny. Aż się wzruszyłem, a emocje buzowały we mnie na tyle mocno, że zaczynający się wkrótce koncert Bonobo stał mi się zupełnie obojętny.

Nick Cave @Pohoda

Następny w programie był Nick Cave, który to zabijał charyzmą. Stawał na publiczności – dosłownie, wycierał twarz rzuconymi na scenę majtkami itp. Moja refleksją w kilkudziesięciu minut jego koncertu, jest pytanie, w jakim nastroju i ubiorze Nick Cave chodzi na targ po warzywa.

Amon Tobin, który spowodował, że opuściłem koncert Nicka Cave’a zagrał agresywny, szybki i ciężki set, który musiał się podobać. Ja niestety bardziej czekałem na SBTRKT, który mocno mnie rozczarował. Wytrwałem na śrubokręcie do końca, ale tylko, dlatego, że cenię jego muzykę. Gdybym w momencie jego setu słyszał go po raz pierwszy, pomyślałbym, że do jakiś przebieraniec i przypadek. (Wątpie!).  Zresztą potem żartowaliśmy, że skoro śrubokręt występuje w masce, to nie ma pewności, że to był on. Wszak, mój najlepszy set byłby lepszy od tego, co na Pohodzie zaprezentował pan ubrany w maskę plemienną.

Po śrubokręcie włóczyłem się po terenie festiwalu szukając bodźca, który moje zmęczone ciało poderwałby jeszcze do tańca. Zawędrowałem na główną scenę, gdzie odbywało się kolektywne palenie kotów w rytm muzyki techno. Rytualny bal u pigularza, czyli wspólny set Benco, Tibor, Loktibrada, Toky, Inigo. Masakra!! Tak wygląda szatan.

 

Potem wylądowałem na chwilę na dyskotece, tworzonej przez analogowe maszyny w wykonaniu Dj Ventolin. Trochę śmiechłem i stwierdziłem, że pora iść spać.

 

W niedzielę nad ranem wracając z piwem do namiotu żałowałem, że tak szybko zleciało. Niestety, mimo, że od początku planowania wyprawy na festiwal czuliśmy, że prezentujemy swoją postawą slums, to wszystko było cudowne. Szkoda było wracać do Polski, gdzie rzeczywistość kopnęła w tyłek tak bardzo mocno, że na powstanie tego tekstu ciężko było znaleźć czas. Na Pohodzie godziny płyną zupełnie inaczej. Tak jakoś beztrosko..

 

Pohoda_end

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s