O Jimmym Cliffie, muzyce reggae i wątpliwym rastafarianizmie

Zrobiło się zimno, zatem jest to najlepsza pora by wrócić do ciepłych miesięcy                   i powspominać muzykę, która towarzyszyła nam na bezdrożach Bałkanów. Na drogę po Bośni, Serbii, Czarnogórze i jeszcze kilku republikach, wzięliśmy paręnaście ważnych dla nas płyt, a także muzykę zupełnie nową, której nikt z nas wcześniej nie słuchał. Oczywiście, tak jak w każdej społeczności, zawsze znajdzie się ktoś, kto kręci nosem na Stone Roses, Męską Muzykę czy panią O’Conor. Zatem postanowiliśmy sięgnąć po składanki, stanowiące wizualizację świata muzycznego, który nas otacza. Tu również ciężko było o jednomyślną akceptację muzyki, jaka będzie nam towarzyszyć przez najbliższych kilka chwil. Tak naprawdę udało się to tylko raz. I to na blisko 50 minut. Stało się, tak, kiedy w naszym samochodzie, za sprawą płyty Jimmie’go Cliff’a, rozbrzmiały dźwięki reggae.

Longplay Rebirth, który ukazał się w tym roku i jak to często bywa, nie zawojował światowych list przebojów, w Wielkiej Brytanii najwyżej uplasował się na 83 miejscu sprzedaży, a w Stanach Zjednoczonych na 76. Taki wynik to wypadkowa wielu czynników. Jednym z nich jest zapotrzebowanie na ten rodzaj muzyki, a boom na reggae skończył się kilka lat temu. Oczywiście mogę jedynie mówić o naszym polskim podwórku, które z płytą Cliffa ma niewiele wspólnego, natomiast niech będzie pewnego rodzaju wyjściem do analizy naszej rodzimej sceny.

 Sam jeszcze kilka lat temu, namiętnie słuchałem wszystkich, możwliwych polskich projektów reggae, jakie można było znaleźć w Internecie, jednak pewnego dnia doszedłem do wniosku, że w reggae już nic mnie nie może zaskoczyć. Teksty zawsze opowiadają o tym samym, muzyka pulsuje tak samo nudnie, a artyści albo ciągle tkwią w pięknej utopijnej wizji o dobrym świecie, albo na ”fejmie” reggae próbują wypromować siebie i swoją wątpliwą twórczość.

Czemu wątpliwą? Bo jakoś nijak ma się muzyka reggae do hip-hopowych labeli, które zaczęły romansować z czołowymi formacjami kreującymi się na prawdziwych Jamajczyków. Ni jak ma się, przemycanie wibracji reggae do mainstreamu za sprawą muzyki gwiazd wypromowanych przez talent show(y), skoro i tak cały świat wie, że jest ona przeciętna i do przysłowiowych pięt nie dorasta rodzimym legendom takich jak Daab czy Izrael.

Z drugiej strony, to nie jest tak, że wszystko jest chujowe i nie da się tego słuchać. Owszem, można znaleźć perełki, ale to jak szukanie trufli w błocie po Wielkiej Pardubickiej – trochę bezcelowe. Przez ostatnie 5 lat, jedyne polskie płyty reggae, które zmusiły mnie do wnikliwego i wielokrotnego przesłuchania, to płyty Paprika Korps oraz Pablopavo i Ludziki.

Nie od dziś wiadomo, że w naszym polskim kurwidołku, wszystko dzieje się z opóźnieniem. Kiedy        w Wielkiej Brytanii czy Stanach, reggae swój kryzys ma już za sobą, bo za taki należy uważać zdobycie wielkiej popularności przez muzyków grających piach tylko dla kasy, u nas on ciągle trwa. Jesteśmy wciąż w fazie boomu, i chociaż szczyt popularności Bednarków i Ras Lutów powoli się kończy, to wciąż musimy czekać na nowy muzyczny przewiew.

Takim przewietrzeniem niech będzie nagranie przez któregoś z naszych artystów, płyty bez ”fjuczeringów”, ze starą wibracją ale z nowym brzmieniem. Nie jest to takie trudne,           i tutaj wracamy do Jimmiego Cliff’a.

Płyta Cliff’a jest bardzo prosta i właśnie o to chodzi – prostota i autentyczność. Cliff nie musi udawać Jamajczyka – on nim jest. Urodził się w Kingston i od lat robi to, co kocha,       a kocha reggae. Liczę na dzień, kiedy nasi rodzimi artyści obudzą się (niekoniecznie razem), i odkryją, że są Polakami, Eurpejczykami i nie ma najmniejszych podstaw by udawać, że od wieków mieszkali na wyspie na Morzu Karaibskim. Wszak Polacy nie grzyby – swe korzenie mają. Możemy to robić po swojemu.

W oczekiwaniu na przebudzenie polskich muzyków zachęcam do posłuchania ostatniej płyty Cliff’a.

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „O Jimmym Cliffie, muzyce reggae i wątpliwym rastafarianizmie

  1. GosiaKasia pisze:

    Po przeczytaniu przypomniała mi się płyta Pablopavo i Ludziki i po 2 latach odkryłam, że ominęła mnie 2 płyta „10 piosenek”. Nie wiem jak to się stało, że nie słyszałam jej do tej pory… tak więc słucham właśnie, dzięki Bombel, pozdrawiam Gosia Kasia:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s