Orange Warsaw Festival 2011 – dzień pierwszy

– Dzień dobry. Po ile są karnety na Orange Warsaw Festival?

– Po 79 złotych.

– Na jeden dzień?

– Nie. Na dwa.

– yyy.. To poproszę.

 

Tak kilka miesięcy temu rozmowa z pracownikiem empiku, po tym gdy dowiedziałem się, że trzecia edycja „OWF” jest w tym roku tak dobrze obsadzona. Dziś jestem już po muzycznych doznaniach związanych z tym festiwalem i próbuję wrócić do siebie. Jest to niezmiernie ciężkie, ale po kolei.

Na stadion Legii przybyłem kilka minut po dwudziestej, gdyż wcześniej „Zwycięzcy WOW! Music Awards” oraz Michał Szpak (kimkolwiek on jest) zupełnie mnie nie interesowali. Również nie bardzo śpieszyłem się na koncert My Chemical Romance, licząc na to, że na stadion wejdę gdy oni skończą swój „występ”. Gdy zobaczyłem dzikie tłumy przed wejściem stwierdziłem, że chyba nie wejdę nawet na Skunk Anansie, a i może na Moby’ego się spóźnię.. Na szczęście pod koniec koncertu zespołu z różowowłosym frontmanem (sic!), byłem już na stadionie. Wypada jeszcze wspomnieć, że aby na stadion wejść, musiałem stać w trzech kolejkach – do wejścia, do zamiany biletu na opaskę, i do wejścia przez szpaler ochrony, która to widząc zdenerwowanie spóźnionych młodocianych fanów MCR sprawdzała tylko to co było konieczne, by ci jak najszybciej mogli biec na teren koncertu. Ja w tym czasie chodziłem po stadionie podziwiając architekturę oraz sprawdzając skąd najlepiej słuchać tej strasznej muzyki, która dobiega ze sceny. Po odwiedzeniu każdej z  trybun i wizyty na płycie doszedłem do wniosku, że znikąd. Tego się po prostu nie dało słuchać – poszedłem na piwo. W tym miejscu, gdyby to była wiadomość multimedialna, powinny rozbrzmieć fanfary, gdyż okazało się, że żeby napić się piwa (poza stadionem oczywiście – pozdrawiam serdecznie autora ustawy o organizacji imprez masowych) muszę stanąć w kolejnych dwóch kolejkach. Tym razem po żeton na piwo, oraz w kolejce po piwo gdzie żeton wymienię na produkt docelowy. Widząc kolejkę podobną do tej przed wejściem (albo nawet większej) odechciało mi się pić i wróciłem na stadion. Na szczęście wtedy na scenie instalowano już Skunk Anansie. Tego koncertu nie wysłuchałem całego gdyż nie jestem fanem Skin, a sam koncert wydawał mi się mniej energetyczny niż ten na Openerze 2010. Po kolejnych wędrówkach po stadionie i obserwacji detali otoczenia, zacząłem szukać optymalnego miejsca do obejrzenia Moby’ego. Stosunkowo łatwo przedostałem się pod barierki oddzielające płytę od orange circle dzięki czemu dobrze widziałem telebim a i na scenę widoczność była niezła. Jak się później okazało wcale nie było tłoczno a ludzie wokół nie byli tam z przypadku, no może z wyjątkiem pana, który w czasie koncertu robił sobie zdjęcia „z ręki” i kręcił dziesięciosekundowe fragmenty piosenek, ale kto może mu tego zabronić?

Moby na scenie pojawił dokładnie o 23.54 zaczynając koncert od In My Hearth, wywołując tym samym ogromną wrzawę. Już wtedy zwróciłem uwagę na to jak dobrze ten koncert jest nagłośniony oraz na to w jak świetnej formie jest wokalistka Joy Malcolm. Następne utwory nie pozwoliły publiczności ochłonąć – wręcz przeciwnie – Go, Ntural Blues, We Are All Made of Stars, Beautiful, Bodyrock,  – wszystkie te znane i lubiane piosenki, zagrane po kolei sprawiły, że ludzie popadali w ekstazę wymownie łapiąc się za głowy lub zakrywając dłońmi usta. Moby w tym czasie szalał biegając z gitarą przed publicznością – ćoś pięknego! Potem przyszła kolej na nieco mniej znane piosenki, o ile o takich w przypadku tego artysty można mówić: Flower oraz Lie Down in Darkness. Spokój nie trwał jednak długo bo gdy tylko rozbrzmiały pierwsze dźwięki pięknego Honey, ciary przeszły po plecach. Potem usłyszeliśmy kolejne przeboje: Extreme Ways, Why Does My Heart Feel So Bad?, a po nich nieco bardziej rockową wersję Shot in the Bach of the Head oraz zagraną mocno w stylu disco (no bo jak inaczej?) Disco Lies, w czasie której stadion zamienił się na chwilę w największą w świecie dyskotekę. Po tym, już do końca hity: The Stars, Lift Me Up oraz na koniec Feeling So Real. Po takim secie nie mogło obyć się bez bisu, który przez wielu został odebrany jako coś przymusowego ze strony artysty. Ja osobiście uważam, że zagrany Thousand pokazał tak naprawdę jak daleko sięgają korzenie Moby’ego, a przede wszystkim, że tak naprawdę on jest, był i będzie dj’em. Jego wymowna poza na podwyższeniu tylko rozwiała wątpliwości kto tego dnia był najlepszy.

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Orange Warsaw Festival 2011 – dzień pierwszy

  1. Pingback: Festival Review #1: Orange Warsaw Festival 2015 | Człowiek, który zgubił słuchawki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s