Orange Warsaw Festival 2011 – dzień drugi

– Dzień dobry. Po ile są karnety na Orange Warsaw Festival?

– Po 79 złotych.

– Na jeden dzień?

– Nie. Na dwa.

– yyy.. To poproszę.

Drugiego dnia festiwalu sprawdzając „time table” okazało się, że kogoś w „line upie” brakuje. Szybkie sprawdzenie tematu i co? The Streets nie zagra – No kurwa! ­– pomyślałem sobie, bo to przecież głównie z powodu pożegnalnej trasy i odwołania koncertu na Openerze jestem teraz w Warszawie licząc na koncert Mike’a Skinnera. Ale nic, przecież dziś będą dwie kapele, które również chcę zobaczyć (Plan B oraz  mistrz Jamiroquai), a także reaktywowane Sistars.

Nauczony doświadczeniem dnia poprzedniego na stadion udałem się trochę wcześniej. Tym razem nie stałem w żadnej kolejce – ludzie z opaskami karnetowymi mieli osobne wejście, a przy bramkach sprawdzanie było bardzo sprawne. Obawiałem się jedynie deszczu, który przez cały dzień krążył nad Warszawą niejednokrotnie spadając ludziom na głowy. Zaniepokojony ciemnymi chmurami, stwierdziłem, że nie chcę zmoknąć tak wczesną porą i koncert Sistars obejrzę sobie z trybun. Tak też zrobiłem. Dobrze nagłośniony koncert, na którym spora już publiczność bardzo dobrze się bawiła. Siostry zagrały swoje największe przeboje, popłakały się i obiecały, że ten występ to nie koniec. Dobry początek drugiego dnia festiwalu.

Na koncert Plan B udałem się już na płytę. Koncert swoim mini setem rozpoczął Faith SFX – rewelacyjny beatboxer. Zaprezentował kilka swoich patentów, a następnie zachęcił do kupna jego płyty przez Itunes. Potem na scenie pojawili się pozostali członkowie zespołu. Niestety, obok mnie stanęła grupa nastolatek, które w czasie pierwszego utworu zaczęły udawać przed sobą wzruszenie aby móc wzajemnie się pocieszać – jak teletubisie.  Myślałem, że padnę z wrażenia gdy jedna z nich wyciągnęła teksty i zaczęła czegoś w nich szukać.. Może chciała poprawić pana wokalistę, albo miała zakontraktowany duet? Nie wiem i pewnie już się nie dowiem. Aby nie psuć sobie wrażeń muzycznych odsunąłem się parę kroków od szalonych dziewczyn [pewnie] z gimnazjum. Jak wyglądał koncert Plan B? Tak jak się można było tego spodziewać: były hity bardzo sprawnie odegrane, które nie powodowały szybszego bicia serca. Po prostu, dobrze było usłyszeć ten materiał na żywo. Na wyróżnienie zasługuje kooperacja Plan B z Faithem i dubstepowa aranżacja Ain’t no sunshine – fajna, ale trochę nie pasowała do całej reszty materiału, który usłyszeliśmy.

O 23.05 na scenie pojawiła się największa gwiazda festiwalu – Jamiroquai– legenda funku, fan szybkich i luksusowych samochodów, genialny muzyk i jak się potem okazało, profesjonalista w każdym calu. Koncert rozpoczął utwór Rock Dust Light Star. Pierwsze spostrzeżenia? Brzmienie jest przepiękne! Nikt w czasie festiwalu jeszcze tak wyraźnie nie brzmiał! Kolejny utwór – Main Vain – już połowę płyty tańczy i widać, że trybuny zaczynają się ruszać. Następnie pierwszy z wielkich hiciorów: Cosmic Girl i już wszyscy szaleją wspólnie śpiewając wersy refrenu: „She’s just a cosmic girl, from another galaxy” . Następnie usłyszeliśmy kilka, umownie mniej znanych, utworów: You Give Me Something, Smoke And Mirrors, Little L w czasie, których publiczność mogła podziwiać niezwykłą i wręcz niespotykaną gibkość Jay Kay. Osobiście przyznam się, że chyba nigdy nie widziałem żeby ktoś w taki sposób ruszał się na scenie. Wow! Potem przyszła kolej na Conned Heat i Space Cowboy. Dalej Hutin’ a następnie przebojowy Feels Just Like It Should sprawiły, że oklaskom nie było końca. Być może również dlatego, że publiczności dane było zobaczyć prawdziwą twarz profesjonalnego muzyka, który mimo problemów technicznych z odsłuchem i ewidentnego zdenerwowania.. nawet nie.. WKURWIENIA, którego tak nawiasem mówiąc, nie ukrywał stojąc twarzą do ekipy nagłośniającej, potrafił obrócić się w stronę publiczności i być radosnym demonem funku! Chapeau bas! Gdy Jay Kay załatwił już porachunki ze swoją ekipą, przyszła kolej na Love Foolosophy, początkowo grany z samą gitarą. Był to chyba najbardziej wzruszający moment koncertu. Oj, podejrzewam, że w niejednym oku zakręciła się wtedy łza. Następnie usłyszeliśmy rytmiczne i mocne Travelling Without Moving i Alright. Jak można się domyśleć, publiczność szalała a na komendę cały stadion klaskał w dłonie. Jako ostatni numer, Jamiroquai zagrał.. a jakże: Deeper Undergrund. Długo nie zapomnę pozy Jay Kay’a, który stanął w świetle reflektora, przypominając mi okładkę „Emergency Of Planet Earth”. Publiczność wyciągnęła ręce, krzyczała a następnie niemalże wszyscy zaczęli skakać. Mimo, iż Jamiroquai grał prawie dwie godziny, dla tak wspaniale reagującej publiczności bis trzeba było zagrać. Usłyszeliśmy więc White Knuckle Ride. Złośliwi będą narzekać, że zabrakło Virtual Insinity i Dynamite, ale prawdę mówiąc koncert był tak znakomity, że można, a nawet trzeba być pod wrażeniem tego co było dane zobaczyć. Zastanawiam się jedynie nad tym skąd Jay Kay ma w sobie tyle energii. Skakał przecież przez dwie godziny, bezapelacyjnie dając z siebie wszystko, nie pozwolił sobie na nutkę fałszu a w chwili gdy coś technicznie zawaliło, nie obrażał się, tylko w kilku żołnierskich słowach zrobił porządek. Ciekaw również jestem jak reagował w czasie koncertu na krakowskich wiankach, gdzie nagłośnienie było tragiczne. Niby tam byłem, ale przecież wianki to impreza na, której nie widać sceny (i w sumie ledwo ją słychać). Mam nadzieję, że ten warszawski koncert, zrównoważył Jamiroquai’owi spojrzenie na Polskę i wespół wrócą tu szybciej niż ktokolwiek jest sobie to w stanie wyobrazić.

Co do samego festiwalu, zdecydowanie ta impreza ma w sobie potencjał – w tej formie. Mam nadzieję, że organizatorzy nie będą już zmieniać konwencji ani miejsca i zostaną przy tym co jest. Bo mimo, iż jest to festiwal, i może faktycznie z racji zlokalizowania na stadionie nie jak na openerze, selectorze, ect., ale to jest właśnie siła i potencjał tego wydarzenia. Za kilka lat możemy mieć w Polsce ogromną imprezę stadionową, taką jakie organizuje się na Wembley w Londynie, czego sobie i wszystkim uczestnikom życzę.

Reklamy

Informacje o Człowiek, który zgubił słuchawki

Pewnego pięknego grudniowego wieczoru urodził się chłopiec.. Zrobił to prawdopodobnie bardzo niechętnie gdyż w odróżnieniu od zdecydowanej większości noworodków , nie krzyczał, nie ruszał się i nie oddychał. Zebrał on za to stosowne bęcki od lekarza. A wystarczyło tylko znaleźć mu odpowiednie słuchawki.. Niestety, przemoc kolejny raz wzięła górę nad dialogiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Orange Warsaw Festival 2011 – dzień drugi

  1. GoShe pisze:

    … Znakomity występ Jamiro przyprawił o zachwyt i poruszenie także ekipę TVN – organizatora festiwalu. Pan opertaor kamery, który siedział tuz przed nami, bawił się równie dobrze jak publiczność sygnalizując swój entuzjazm ręką w górze oraz nieustannym tupaniem nogami w rytm muzyki!:) Pozostaje mi pozazdrościć pracy marzeń, gdzie obowiązek jest przyjemnością. Bombel – znakomita relacja godna mistrza, najlepsza jaką przeczytałam po festiwalu. Pozdro, Go.

  2. bbbomblusz pisze:

    Czy ktoś posiada nagranie z drugiego dnia OWF 2011?

  3. Pingback: Festival Review #1: Orange Warsaw Festival 2015 | Człowiek, który zgubił słuchawki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s